Doprawdy, przez cały występ czułem się jak pies, któremu przyszło trafić na właścicieli o sadystycznych skłonnościach, czerpiących przyjemność ze zwodzenia zwierzęcia pozorowanymi rzutami niewidzianym kijem, a któremu i tak sprawia to jakąś dziwną uciechę. Koniec końców, między dworowaniem sobie z Kasprowicza i opowiastkami o kocie wokalistki, znalazło się odrobinę czasu na muzykowanie. Tj. okrojone wersje numerów z płyty Ano, seryjne zapominanie liryk i parę nowości, bezczelnie zaserwowanych w niedopracowanych wersjach. Czy materiał udało się obronić? Tak, co więcej, nawet ograniczony do gitary akustycznej i stukania w tamburyn wypadł elektryzująco. Jak rokują zalążki nowych utworów? Smakowicie.
Skonsternowany chwilami błazenady zastanawiam się, jakim cudem to wszystko uchodzi Pani Brachaczek i Panu Fochmannowi na sucho? Cóż, jakby nie patrzeć, mamy tu do czynienia z człowiekiem, który maczał palce w jednej z najlepszych polskich płyt zeszłej dekady (przy czym moja sympatia do Pogodna zaczyna się i kończy właśnie na Hajle Silesia). Wtóruje mu zaś, jestem w tej chwili śmiertelnie poważny, najlepsza wokalistką na krajowej scenie.
Tak, powiedziałem to. I powtórzę jeszcze raz – nie pamiętam, kiedy ostatni raz rodzimy głos zrobił na mnie takie wrażenie. Ania Brachaczek kojarzy mi się Niną Hagen, powiedzmy, że pozbawiona jest przy tym jej teutońskiej perwersyjności. Z pewnością z kolei łączą obie panie koszmarne stroje i głosy, z którymi potrafią zrobić wszystko. Ponadto, mimo olbrzymich możliwości, Pani Ania pozostaje w swoich interpretacjach wyjątkowo lakoniczna. Z reguły odpuszcza sobie wokalną ekwilibrystykę i błyszczenie skalą.W każdym utworze brzmi rozkosznie, nawet, jeśli ich liryki sprawiają wrażenie totalnej grafomanii. Za Chiny nie rozumiem, co łączy numery „Pies” i „Pies1” i czy planują kolejne, oba są jednak tak rewelacyjnie, że w ciemno wezmę nawet „Psa27”. O, zapomniałbym. Ni stąd ni zowąd, organizatorzy sprezentowali obecnym support w postaci osamotnionego młodego mężczyzny z gitarą akustyczną. Nie zapadł mi w pamięci jego pseudonim artystyczny, co powinno być dostatecznym streszczeniem moich wrażeń z występu. Co nie zmienia faktu, że nie można mu odmówić talentu. Pech, że przychodzi mu walczyć o sławę i splendor w mieście, które swojego barda ma już od lat, a jest nim oczywiście nieodżałowany Patyczak.