Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 czerwca 2011

Frank Turner 03.06.2011, Poznań, Meskalina.

„I knew Frank Turner before he got famous”, chwalą się na forach i pod youtube'owymi klipami uprzedzający muzyczne trendy elitaryści. W tym kraju frazes ten nabiera szczególnego, autentycznie wyróżniającego nas na tle reszty świata wydźwięku. Naprawdę wydawać się może, że Frank dorobił się statusu muzycznej rewelacji wszędzie, poza haniebnym wyjątkiem w postaci naszego rodzimego podwórka.
Dlaczego tak się dzieje? Nie jestem w stanie wytłumaczyć. Czasem wydaje mi się, że istnieje jakaś nienazwana, omnipotencyjna siła kształtująca gusta muzyczne naszego narodu. Być może przyjmująca formę celnika, uparcie tarasującego drogę próbującym przedrzeć się tu fenomenom mogącym zagrozić statusowi i tak umierającej krajowej sceny. Gdybania na bok, choć dotychczasowa nieznajomość osoby Franka Turnera nie czyni kogokolwiek muzycznym dyletantem, szczerzę radzę tą zaległość natychmiast nadrobić. W tym miejscu czuję się zobowiązany, by artystę naprędce przedstawić.
            Frank zaczynał w zespołach Kneejerk i Million Dead, drugiej z nich udało się nawet narobić odrobinę szumu w hardcorowym półświatku. W roku 2005 Million Dead dokonuje żywota, Frank chwyci za gitarę akustyczną i począwszy 2006 rokrocznie wypuszcza nowy materiał. Dorabia się statusu gwiazdy, jeździ w trasy z Social Distortion, The Offspring i Green Day, grywa na największych festiwalach na kontynencie. Zgarnia nagrody w plebiscytach prestiżowych magazynów muzycznych, jest pupilkiem krytyków, jego płyty sprzedają się wyśmienicie. W miniony piątek Frank gości w naszym kraju po raz drugi, drugi raz jest to Poznań, znowuż też klub Meskalina, miejscówka, delikatnie mówiąc, dość kameralna. Frekwencja? Szczerze wątpię, by wyprzedała się pula 150 biletów. Szukanie w tym wszystkim logiki i wyciąganie jakichkolwiek wniosków pozostawiam czytelnikom.
            Zanim zacznę dzielić się pokoncertowymi wrażeniami, jeszcze raz podkreślę fakt, że mamy tu do czynienia z jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów, jacy zawitają w tym roku do Poznania. W czwartek ukazuje się jego nowa płyta, England Keep My Bones - Frank krzyżując palce chwali się, że ma szanse na zadebiutowanie w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się płyt w UK*. Otwierającym krążek "Eulogy" rozpoczyna swój występ w Meskalinie.
Choć do premiery płyty zostało parę dni, pośród publiki znajduje się sporo osób śpiewających pierwsze wersy tekstu. Znam je i ja, choć utwór zdążyłem odsłuchać raptem raz, na stronie NME. Za komendą kapelmistrza unoszę w górę butelkę napoju, do oczu cisną mi się łzy. Płaczliwie emocjonalny stawał się będę tego wieczoru niejednokrotnie. Tak dobry i nieskazitelnie autentyczny jest w tym co robi Frank.
Samozwańczy produkt angielskiej średniej klasy i specjalista od tanich rymowanek zawitał do Poznania z dokooptowanym ansamblem i niech mnie diabli, jeśli nie miał nosa dobrawszy sobie rodaków z Dive Dive, nieodstępujących mu na krok żywiołowością i radością grania. A że na najnowszej płycie Frank korzysta z ich usług nad wyraz szczodrze, świeże kawałki takie jak "Peggy Sang the Blues" i "One Foot Before the Other" wypadają naprawdę krzepko. Równie często jak do nowej płyty zespół sięga do fenomenalnego krążka Love Ire & Song. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bawiłem się tak dobrze, jak przy bezpretensjonalnych, rozczulająco sentymentalnych "Reasons Not to Be An Idiot", "I Knew Prufrock Before He Got Famous" i "Substitue".
Przy pełnym podziwie i szacunku dla wtórujących Frankowi grajków, highlightem koncertu są utwory wykonywane przez lidera solo. Wśród nich znajduje się miejsce dla "Thunder Road", coveru Bruce’a Springsteena i "Dan's Song", podczas którego publiczność przejmuje partię harmonijki naśladując jej dźwięk. Ktoś powiedziałby, że to tylko błazeńska, infantylna zabawa, frajda jednak niesamowita. FT sięga też do swoich najwcześniejszych dokonań – wykonuje pełne werwy "Nashville Tennessee". Po koncercie chwali mi się, że dodał ten utwór mając w pamięci zadane mu przeze mnie pytanie, w którym odniosłem się do tekstu utworu*. Może to tylko kokieteria, co nie zmienia faktu, że gest przemiły. W rzeczonym fragmencie liryk poeta dla jasności definiuje swoją muzykę - A simple scale on an old guitar, and a punk rock sense of honesty. Doprawdy, nie przychodzi mi do głowy żaden zespół punkowy tak szczery, tak prostoduszny, jak Frank we własnej osobie. Jest ucieleśnieniem wszystkiego, co stanowi esencję punka – odwagi, niezłomności i naiwnego idealizmu. Pozostawanie osobą kompletnie niezniszczoną przez sukces i sławę to najbardziej punkowa rzecz, z jaką się spotkałem.
Widziałem w życiu garstkę koncertów. Parę z nich naprawdę przyzwoitych. Przeróżni wykonawcy nieraz imponowali mi zaangażowaniem, jawną radością czerpaną z grania, entuzjazmem niezrażonym fatalną frekwencją, marną organizacją czy problemami natury technicznej, a przynajmniej jeden, średnio dwa z tych czynników to nieodłączna część każdego koncertu w tym kraju. Nie spotkałem się jednak jeszcze z kimś równie zakochanym w swoim rzemiośle jak Frank. Muzyka nie jest dla niego zajęciem, jest dla niego życiem. Kariera tego faceta to nieprzezwane pasmo sukcesów, konsekwentnego zdobywania coraz to większego podziwu i uznania, koncertów na największych festiwalach. W skromnym poznańskim klubiku daje występ w którym jest ogień, którym byłby w stanie roznieść w pył Koloseum. Widać, że jest to człowiek, który chce dotrzeć ze swoją muzyką do każdego. A że spotyka się w naszym kraju z dość nieznacznym odzewem? Na dłuższą metę, nikomu z obecnych w Meskalinie to chyba nie przeszkadza. W moich oczach, fakt ten z miejsca staje się istnym błogosławieństwem. Choć to muzyka o stadionowych aspiracjach, nie wyobrażam sobie Franka w innych warunkach, niż między przytulnymi ścianami zacisznego klubu. 

*Przed koncertem udało mi się przeprowadzić wywiad z Frankiem. Zapis rozmowy i wideo już wkrótce na Kulturze Kanalii!

środa, 1 czerwca 2011

The Black Heart Procession, Kev Fox 29.05.2011, Poznań, Blue Note.

            Wybierając miejsce studiów nie kierowałem się profilem uczelni, kierunkiem exodusu rówieśników, tym bardziej jakimikolwiek sugestiami osób trzecich. Chciałem uciec jak najdalej od bagna monotonii, w którym przyszło mi dorastać. Pod jednym względem jestem zadowolony z ostatecznie wybranej mieściny - życie mam tu ciekawe, rozrywek jest od groma, miałem też szczęście natrafić na garść naprawdę interesujących osób. Wyłączywszy jednak kwitnące życie kulturalne, od samego momentu przeprowadzki wszystkie inne aspekty mojej codzienności zaczęły się sypać z szybkością burzonego dynamitem budynku. Lata szarpaniny przemieniły mnie z pogodnego młodzieńca w wiecznie przejętego ponuraka. Na szczęście (?), z biegiem lat oswajam się z tym stanem, a wspomnienia z czasów apatycznej młodości utwierdzają mnie w przekonaniu, że podjąłem prawidłową decyzję. Stojąc przed patowym wyborem między nudą a depresją, zawsze wybierać będę to drugie.
            Skoro przy złych nastrojach jesteśmy, niewiele słyszałem zespołów równie dołujących, co The Black Heart Procession. W zestawieniu z dokonaniami rzeczonej kapeli liryki z Closer Joy Division brzmią jak Simon & Garfunkel. Kalifornijczycy (tam można być smutnym?) liczebnością utworów ze słowami "love" i "heart" w tytule śmiało mogą konkurować z Whitesnake, przy czym w każdym przypadku jest to miłość niespełniona, skrajnie toksyczna, serca zaś krwawią przekłuwane zatrutymi sztyletami. Same teksty ocierają się o, zdawałoby się intencjonalną, grafomanię (Look what you've done to me/Look at my tears/Forget my heart – Chryste!). Radykalność tej otoczki sprawia wrażenie swoistego tongue in cheek, pastiszu straceńczego romantyzmu. Warto dodać, że okraszonego nie mniej dekadencką, nasiąkniętą kinematograficzną aurą muzyką. Utwory na takim Amores de Tropico zachwycają zarówno przebojowością, brawurowym przeskakiwaniem między różnymi stylami, jak i duszną, intrygującą atmosferą.
            Na orkiestralny wręcz rozmach cechujący wyżej wymienioną płytę nie było co tego wieczoru liczyć. Zespół przyjechał z repertuarem proklamowanym jako "stripped down show". Ku rozczarowaniu wszetecznych umysłów, oznaczało to wizytę The Black Heart Procession w uszczuplonym składzie, a więc z okrojonymi interpretacjami utworów.
            Rola supportu przypadła Kevowi Foxowi, tęgiej budowy Brytyjczykowi o aparycji fabrycznego robotnika, zamiast poliestrowego kombinezonu przywdziewającego ciemną marynarkę. Na scenie zjawia się bezszelestnie, nie przywitały go najmniejsze choćby brawa. Niezniechęcony tym bard z utworu na utwór zasłużenie wznieca jednak coraz większy aplauz. Obdarzony donośnym głosem i wyrazistym brytyjskim akcentem, loopując kolejne ścieżki gitar tworzy interesujący kolaże, czasem subtelne, chwilami wręcz krzykliwe, zawsze wykonane z werwą i uczuciem. Gdzieś w połowie występu dołącza do niego nikt inny, jak Andrzej Smolik. Mając za sobą (przerwane na chwilę przed postradaniem wszystkich zmysłów) szkolenie na doradcę finansowego, zwykłem podejrzliwie spoglądać na każdą osobę reklamująca bank. Czego by nie mówić o świeżo upieczonym członku Rady Akademii Fonograficznej, jest to człowiek z papierami na granie muzyki. Ulokowany w głębi sceny, subtelnymi partiami gitary hawajskiej i akordeonu należycie urozmaicił balansującą między szeptem a wrzaskiem ekspresję Foxa.  
            W trakcie występu supportu brodaty Thobias Nathaniel pochłania przy barze przezroczysty napój, przy czym zaznaczyć muszę, że wodę mineralną podaje się w Blue Nocie w innych szklankach. Wkrótce po zakończeniu setu Foxa muzyk zasiada przy zajmującym połowę sceny fortepianie. Po chwili dołącza do niego wokalista Pall Jenkins, który zaczyna odgrywać płaczliwe dźwięki na... pile. Z początku rzeczywiście sprawia to wrażenie knajpianego kabaretu, z lekka zaprawionego mocnymi trunkami. Desperackie zawodzenie Palla ociera się o fałsz, można odnieść wrażenie, że panowie pozy schyłkowców przybierają w celach czysto pamfletowych. Jenkins podnosi się z krzesła przy trzecim w kolejności "Cry for Love" i, przyznam szczerze, widok jest to zatrważający. Mocno napęczniały, kompletnie nieruchomy, ukryty pod ciemnymi okularami bez przerwy spogląda w dół, milcząc między utworami. Następny w kolejności "Drugs" wypada naprawdę przejmująco, wyraźnie zaczyna mi się udzielać melancholijność utworów zespołu, spotęgowana minimalistyczną oprawą i cierpiętniczym drżeniem w głosie wokalisty.
            Doprawdy, miałem problemy z braniem na poważnie otoczki zespołu. Od przesadnie desperackiej nazwy począwszy, na płaczliwych i monotematycznych lirykach skończywszy. Czemu więc spoglądając na scenę zaczynam brać żałobną sztukę tworzoną przez zespół jak najbardziej serio? Otóż, sprawdza się stara zasada - w prostocie tkwi autentyczność. Pełne patosu i enigmatycznych metafor lovesongi zwykły mnie raczej brzydzić. Nie wierzę fircykowi Jaggerowi kokieteryjnie jęczącemu Oh Angie, when will those dark clouds disappear. Wierzę rozwścieczonemu Henry’emu Rollinsowi skowyczącemu Some people are better left alone. Podobnie sprawy mają się w przypadku liryk Jenkinsa. Nie jest to kabalistyczna quasi-poezja. To prawdziwy głos utrapienia, goryczy i desperacji.
            Utwory prezentowane są w formie mocno ascetycznej, do momentu wejścia śpiewu często niepoznawalne. "Blue Tears", szantowy wręcz kawałek zamienia się w marsz żałobny. Najbardziej uderzającym momentem koncertu jest wykonanie "All my steps". Żywy, atmosferą przywodzący na myśl aurę muzyki filmowej numer staje się desperacką balladą, zagraną po wyciszeniu na scenie wszystkich mikrofonów (!). Oparty o fortepian Jenkins rzeczywiście stwarza pozory osoby, której życie mija na spacerach między barem a cmentarzem.
            Pod koniec występu mrukliwy lider w końcu wypowiada kilka ciepłych słów na temat publiczności i miasta. Panowie bisują dwa razy, po czym znikają na dobre. Sam czuję się jak po udziale w stypie, solidnie zakrapianej, podczas której wódka przechodzi przez gardło wyjątkowo ciężko. Nawet, jeśli faktycznie jest to tylko zręczne aktorstwo i szyderczy pastisz, na zasadzie reakcji paradoksalnej sztuka ta wywołuje autentyczne przygnębienie. Podłe to uczucie, ale cholernie prawdziwe, krzepiące.

niedziela, 29 maja 2011

Woody Alien, Turnip Farm 22.05.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Uwalniam te słowa spod palców stanowczo za późno. Zakładałem tego bloga z myślą o zredukowaniu do minimum niszczycielskiej dla mnie przypadłości posiadania "wolnego czasu". Nie dolega mi ostatnio to utrapienie, co oczywiście wiąże się z zamierającą aktywnością Kultury Kanalii. Wysysający ze mnie resztki żywotności i kreatywności natłok zobowiązań nie jest jednak w stanie zagłuszyć krzyczącej we mnie euforii i nieprzepartego podziwu dla zjawiska, jakim jest Woody Alien.
            Przedstawianie zespołów o kilkunastoletnim stażu można by odebrać jako czynność mocno nietaktowną. Mając jednak w pamięci umiarkowanie zachwycającą frekwencję w Minodze obawiam się, że podjąć muszę się w tym miejscy gorzkiej działalności misyjnej, dokonania choćby powierzchownego objaśnienia rzeczonego fenomenu. Woody Alien to dwie osoby, osamotniona sekcja rytmiczna, robiąca dużo hałasu, nad którym unosi się powściągliwy, odrobinę gnuśny śpiew Pana Marcina Piekoszowskiego (również Plum). Tylko tyle i aż tyle, przy użyciu minimalnych środków robią panowie harmider niemały.
            Noszę koszule w kratkę, bo, skromnie mówiąc, do twarzy mi w nich. Niezdolny do zauważenia tej prawidłowości kumpel zwykł nabijać się ze mnie, twierdząc, że wyglądam jakbym urwał się z koncertu Dinosaur Jr. Prawda jest taka, że nigdy nie byłem fanem wspomnianego zespołu. Co nie zmienia faktu, że zespół Turnip Farm, który zarówno nazwę i dźwiękowe ukierunkowanie zdaje się czerpać z mitologii owej kapeli, wrażenie robi całkiem pozytywne. Gra proste, gitarowe piosenki, jak gdyby wygrzebane z kapsuły czasu zakopanej w 1992 roku. Przeżarte sentymentalizmem, ale całkiem przyjemne i wykonane z właściwym żywiołem.
            Instalowanie się na scenie nie zajmuje Woody’emu dużo czasu, i bardzo dobrze, w przypadku tej muzyki przedkoncertowe rytuały powinny ograniczyć się do podkręcenia gałek do poziomu "jedenastki". Mimo mocnego natężenia zespół brzmi niesamowicie soczyście, co w Minodze jest rzadkością. Konwencjonalnie stosowana sekcja rytmiczna w założeniu tworzyć ma silnik, siłę napędową muzyki. W tym przypadku dudniący bas i gromowładna perkusja stanowią całą gablotę - wypasionego, błyszczącego Hummera, który rozjeżdża wszystko na drodze. Z owym wozem łączy zespół jeszcze jeden gorzki fakt - dziś już takich nie robią.
            Owszem, jest to muzyka w pierwszej kolejności uderzająca monstrualną siłą, jednakże pod powłoką hałaśliwości wciąż skrywająca wiele smaczków. Z jednej strony mamy instrumentalną maestrię. Druga część dubla, perkusista Daniel Szwed poza Woodym zmaga się z matematyką w zespole Mothra. Tutaj jego gra jest bardziej siłowa, ale wciąż niesamowicie witalna. Mając w pamięci nie tak dawny występ Plum, utwierdzam się w przekonaniu, że żaden bas nie brzmi w tym kraju tak krzepko, tak mięsiście, jak Fender Pana Piekoszowskiego. Na szczęście, zespół odpuszcza sobie, jak to się nieładnie mówi, muzyczną ipsację. Panowie pozostają konkretni w swoim przekazie, wszystko sprawia wrażenie zabawy bogatym warsztatem, miast kuglarskiego szpanu.
Czytając dzisiejszą prasę muzyczną odnoszę wrażenie, że w wyobrażeniu wielu publicystów muzyka wymyślono w 1999 roku.  By nie szukać daleko, publikacje, które porównują ostatnie Plum do Queens of the Stone Age zachęcają mnie do chwycenia za zapalniczkę i zwęglenia tych kacerstw. Autorzy zapominają, że muzykę o brudnym, garażowym brzmieniu grano wiele wcześniej. Zespoły takie jak NoMeansNo, Big Black czy Hüsker Dü brzmiały jak popsuty mikser do owoców, wciąż jednak grały utwory zaraźliwie przebojowe. Będąc szczerym, podobne dźwięki odkrywam w muzyce Woody Alien dopiero w Minodze. Niech mnie diabli, jeśli wesołe przyśpiewki w "Oak" (utworze bezlitośnie łojącym na żywo) nie przywodzą na myśl "Big Dick" Kanadyjczyków z NoMeansNo. Wrażenie to potęguje odrobina Wrightowskiej maniery rozbrzmiewająca w wokalu. "New Day Rise" samym tytułem budzi skojarzenia z Hüsker Dü, również ukrywające popową wręcz przebojowość pod warstwą niechlujnego przesteru. Dzięki podobnemu wyczuciu twory WA pozostają zbiorem świetnych piosenek, a nie efemerycznym eksperymentem.
            Woody Alien to zespół nietuzinkowy, boleśnie precyzyjny, grający muzykę wyjątkowo ciężką, technicznie wyrafinowaną, przede wszystkim jednak cholernie głośnią. Także dzięki doprowadzaniu tych czynników do skraju przyswajalności, niesamowicie intrygującą. Zestawiając to z aktualnymi trendami muzycznymi można zadać sobie pytanie, z czym do ludzi? Nie jestem w stanie wróżyć zespołowi większych sukcesów, nie sądzę jednakże, by ambicje duetu wyrastały poza chlubny telos roznoszenia w pył każdego miejsca, w jakim się pojawiają. Mogę tylko potwierdzić, że wychodzi im to nad wyraz zręcznie.


środa, 11 maja 2011

Toro y Moi, Basketball 08.05.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Może i zakrawa to na przejaw ignorancji, ale po dziś dzień nie mam zielonego pojęcia, co oznacza termin chillwave. Ani też kiedy i skąd to diabelstwo przybyło, tym bardziej nie przychodzi mi do głowy, jakie kolejne fale zalewać będą rynek muzyczny. Zjawisko to długo umykało mojej uwadze, pierwszy raz zetknąłem się z nim próbując wytłumaczyć sobie powód olbrzymiego hajpu wokół planowanej wizyty Toro y Moi w Poznaniu. Miast myszkować pośród encyklopedii, postanowiłem zajść do samego źródła i zapoznać się z płytą Underneath the Pine. Dość powiedzieć, że po upływie dwóch utworów, w samo południe, byłem w drodze do Minogi po bilet, w tym całym przejęciu zapomniawszy, że klub otwierany jest o godzinie 14.
            Podciąga się tą niesamowitą muzykę pod tysiące definicji, kompletnie dla mnie niezrozumiałych. Spotkałem się gdzieś ze stwierdzeniem, jakoby twórczość Chazwika Bundicka brzmiała niczym Michael Jackson na kwasie. Chętnie to spostrzeżenie skoryguję - Toro y Moi brzmi jak Michael Jackson na propofolu. To muzyka świeża, tworzona jakby na przekór dzisiejszym tworom aspirującym do miana popu, zarówno tym skrajnie komercyjnym, jak i kleconym przez paradnych szalbierzy w podziemiu. Miażdżąca przeżarte skostniałością trendy, na ich zgliszczach wznosząca coś świeżego, unikalnego, śmiem powiedzieć, że wręcz uduchowionego. Toro y Moi zamienia muzykę prostą i przebojową w artyzm. Staranie desperacko podejmowane przez licznych, skutecznie realizowane przez niewielu.
            Doniesienia, jakoby wyprzedała się pula 350 wejściówek brzmiały horrendalnie, paradoksalnie, tylko wzmogły moją przedkoncertową ekscytację. Wciśnięcie takiego tłumu w kameralnym klubie mogło skończyć się kaźnią. Jakby tego było mało, nie był to jedyny koncert odbywający się tego dnia w tymże przybytku. Gdy zjawiam się w klubie, na parterze jakiś zapalony coverband łoi "Blackened" Metalliki, dźwięki kolejnego gitarowego tworu dochodzą z klubowej piwnicy. Choć wszystko odbywało się na krawędzi organizacyjnego bajzlu, o dziwo, skończyło się bez większych perturbacji. Wbrew obawom, miejsca w klubie starczało dla wszystkich, i choć chwilami czułem się niczym wciśnięty w windę z Ryszardem Kaliszem, obyło się bez większego uczucia dyskomfortu.
            Występujący w roli supportu Kanadyjczycy z Basketball (tak, rzeczywiście jest to nazwa zespołu) podnoszą niejedną brew pośród publiki. Niejednokrotnie w trakcie występu głowię się, efekty jakich specyfików mogłoby stać za osobliwą kreatywnością i zachowaniem tego przesympatycznego kwartetu? Cokolwiek by to nie było, obawiam się, że ewentualna kontrola celna może gwałtownie zakończyć ich koncertowe wojaże. Czego chłopakom nie życzę, okazują się bowiem miłym zaskoczeniem. Ich występ to serie długich, transowych dubów, napędzanych topornym beatem, nabijanym przez dwójkę mocno "nieobecnych" muzyków, spacerujących między perkusją i zestawem bębnów. Ponad wszystkim wije się i zawodzi kapelmistrz z wiankiem na głowie, przygrywający na miniaturowej piszczałce i talerzykach. Momentami utwory niebezpiecznie zmierzająca ku sferom hermetycznej psychodelii, nieprzerwanie jednak ujmują orientalną ornamentyką i odurzającą aurą. Panowie są tak posunięci w swojej euforii (jak mniemam, spowodowanej entuzjastyczną reakcją publiki), że opuszczając scenę wypuszczają z rąk instrumenty.
            Odkrywszy Toro y Moi ledwie kilka tygodni temu, nie miałem najmniejszego pojęcia, w jakiej postaci serwować będzie swoją muzykę maestro Chazwik. Spodziewając się raczej solowego, okrojonego w formie występu, na widok rozstawiającego się na scenie triumwiratu młodzieńców w wykrochmalonych koszulach z podekscytowania zacząłem szczękać zębami. Aranżacje i brzmienie instrumentów na Underneath the Pine to masaż tajski dla uszu. Wszelkie próby trawestacji mocno spłyciłyby wigor i głębię tych utworów.
            Gdy posępne intro eksploduje rwącym "New Beat", niestety, mina momentalnie mi rzednieje. O ile gabaryty klubu pomieściły jakoś liczną publikę, jego akustyka nie okazała się zbyt łaskawa dla zaskakująco donośnego tego dnia występu Toro y Moi. Na szczęście, począwszy od finezyjnego "You Hid", brzmienie staje się stosunkowo znośne, co ratuje występ przed klęską i nareszcie pozwala mi delektować się kunsztem Amerykanina.
            Jak wypada na żywo sztuka Chazwika i spółki? O losie słodki, jest lepiej, niż dobrze. Dzięki organicznemu brzmieniu instrumentów, rumieńców nabiera surowsza elektronika z debiutanckiego Causers of This. Utwory z płyty tegorocznej to istna rewelacja. Funkujący "Still Sound" to cudo. Melodyka "How I Know" to coś nie z tej ziemi, a zagrany w końcówce "Elise" naszprycowany jest uczuciem rzadko spotykanym w wyprutej z emocji muzyce aspirującej do miana popu (do kata z chillwave i innymi dyrdymałami, Toro y Moi to nic więcej, jak doskonały pop).
            Płyty Amerykanina sprawiają wrażenie dźwiękowych megaprodukcji. To muzyka ekspresywna, wielowarstwowa, na szczęście, zręcznie unikająca przy tym popadania w dźwiękowy przepych. Nie mogę wyjść z podziwu widząc, jak skromnych środków używa do jej tworzenia. Zręcznie dokooptowani muzycy w gruncie rzeczy tworzą proste, zgrabnie pulsujące podłoże. Sercem i duszą wszystkiego jest Chazwik. Pochylony nad klawiszami, sprawia wrażenie wyjątkowo zaabsorbowanego, małomównego, ponownie użyję tego nieco pretensjonalnego słowa, uduchowionego. Nie trzeba włamywać się do płytoteki zainteresowanego by domyślić się, że nie brakuje tam wydawnictw przyozdobionych etykietą Motown. Echa klasycznego, pełnokrwistego funku rozbrzmiewają w tej muzyce najdonośniej, w szczególności przywodząc na myśli Steviego Wondera z okresu Innervisions. Wcale się nie zagalopowuję w porównaniach, rzeczywiście jest TAK dobrze.
            Przymknąwszy oko na drażniące niedociągnięcia techniczne, Toro y Moi bujają publiką należycie, niestety, po ledwo trzech kwadransach znikają ze sceny. Encore w postaci "Low Shoulders" pozostaje drobnym pocieszeniem, pozostawiającym lekki niedosyt, pozbawionym na szczęście uczucia niesmaku. Zetknięcie z muzyką Chaza było dla mnie epifanią, potrzebowałem chyba namacalnego dowodu na to, że nie zostałem omamiony cwanym szarlataństwem. Z czystym sercem potwierdzam, mamy tu do czynienia z dziełem wizjonera. Odświeżającym, natchnionym, całkowicie wolnym od jadowitych wpływów dzisiejszego mainstreamu.

czwartek, 5 maja 2011

Arms and Sleepers 04.05.2011, Poznań, Meskalina.

            Chociaż swego czasu byłem zapalonym kolekcjonerem płyt (w oczach mojej byłej trwoniącym pieniądze tumanem), uważam poliwęglan za więzienie muzyki. Ożywa ona dopiero na scenie, wypuszczane na rynek wydawnictwa powinny być traktowane co najwyżej jako pretekst do wyruszania w trasy, pejoratywnie określane mianem promocji.
            Cieszę się, że wiele zespołów doskonale ten fakt rozumie i tłucze się niemiłosiernie po globie, zachodząc pod każdy gotowy do ugoszczenia ich sztuki dach. Zdarzyć się może, że owa twórczość przypadnie do gustu gospodarzom, którzy od tego czasu zechcą częściej gościć żarliwych muzykantów. Przytoczę przypadek wesołych Czechów z DVA, którzy raz zagrawszy dla garstki zapaleńców w Minodze, na następnym koncercie w Meskalinie wypełnili klub po brzegi, po występie opychając ilość płyt, która spokojnie powinna zawarantować im miejsce na liście OLiSu (co znowuż nie jest jakimś wielkim osiągnięciem). Arms and Sleepers również koncertowali wcześniej w Poznaniu, a wczorajsza frekwencja w Meskalinie jest dostatecznym świadectwem, że nie ma to jak marketing szeptany. I ja o zespole dowiedziałem się drogą rekomendacji, co nie zdarza się zbyt często, z reguły jestem zdany na siebie w swoich maniakalnych poszukiwaniach muzyki.
            Jakkolwiek przyjemne by nie były studyjne dokonania zespołu, trip-hopowa elektronika w warunkach scenicznych zawsze staje przed ciężkim zadaniem oddtworzenia swojej drobiazgowej struktury. Że nie wspomnę o potencjalnym zagrożeniu zamieniania występu w kliniczne odgrywanie loopów i sampli. W oczekiwaniu na koncert nie przeczuwam, by drobiazgowa muzyka jankesów rzeczywiście mogła chwycić za gardło w wersji live. Z prostego powodu – zawsze odbierałem ją jako utylitarny zapełniacz ciszy. Doskonały soundtrack przy krojeniu cukinii do ratatouille i remedium dla strzępionych w trakcie tras miejskimi tramwajami nerwów. Ale czy jest to muzyka na tyle absorbująca, by porwać na żywo?   
            Identycznie skrojone bluzy i kaptury na głowach to przedziwny sceniczny ancug, w ciemnym klubie wyglądający dość zabawnie. Na szczęście, od pierwszego utworu show amerykanów rozwiewa moje niepotrzebne wątpliwości. Ambientowe loopy w parze z eterycznymi wokalizami i wyrafinowaną gitarową ornamentyką brzmią wyjątkowo naturalnie i przekonująco. Plus dla zespołu, nagana dla mnie, parszywego defetysty.
            Arms and Sleepers sprawiają wrażenie dość zapracowanego tandemu. Zespół częstotliwością wypuszczania nowych wydawnictw przebija nasze żałoby narodowe. Zważywszy, że albumy tworzą raczej zgrany koncept, w którym wszystkie utwory zdają się dążyć do stworzenia jednej plastycznej całości, koncertowe serwowanie przekroju twórczości mogłoby burzyć ich jednolitość. Paradoksalnie, oddzielenie od kompleksu nadało wielu utworom nowego charakteru. Zamiast sprawiać wrażenie wyrwanych z kontekstu urywków, brzmią świeżo, zwłaszcza serwowane w odrobinę przekształconych wersjach. Doskonale spisuje się materiał z mojej ulubionej płyty zespołu, LP Matador. Subtelne "Simone" i "Kino" wypadają zjawiskowo, a podany w surowszej wersji utwór tytułowy o mały włos byłby highlightem występu.
            No właśnie, wisienką na torcie okazuje się encore w postaci utworów premierowych. Drugi w kolejności numer mrocznymi loopami przywodzi na myśl dokonania Portishead, a promieniującą muzykę Amerykanów odbierałem dotychczas jako antonim dla posępnej twórczości Beth Gibbons i spółki. W trakcie występu Arms and Sleepers zdarzają się chwile, gdy oparty o bar jestem o krok od uśnięcia. Wbrew pozorom, nie jest to zarzut. Nie tyle senność wynikająca ze znużenia, co wyciszająca i kojąca, przywołująca na myśl działanie kołysanek.
            Arms and Sleepers potwierdzają swoją wartość na żywo, nie powinna więc dziwić ich rosnąca popularność, nawet fakt, że wyprzedają każdy koncert w tym kraju. Ze sceny posyłają ryzykowne stwierdzenie, jakoby Poznań miał być ich ulubionym miejscem w Polsce. Bram do innych mieścin raczej im to nie zamknie, sam zaś przeczuwam, że kolejna wizyta w tych stronach może wymagać przeprowadzki do jeszcze większego lokalu.



Jucifer, The Orange Man Theory, Noizone 03.05.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Ciężko o równie niefortunną datę koncertu. Równie dobrze mogłoby przyjść grać Amerykanom z Jucifer w wieczór wigilijny. Patriotyczna zaduma, mecz, wyczerpanie i puste kieszenie po majówce – każda wymówka byłaby zrozumiałym usprawiedliwieniem, mimo to dwa tuziny głów na zespole o renomie koncertowego fenomenu i imponującym stażu to absolutny blamaż. Przy natłoku niedogodności ciężko szukać winnych. Żal może być jedynie tych, którym umknęło przed nosem to porywające zjawisko.
            Krępujące pustki wprawdzie nie zniechęcają przyjemnie groovującego Noizone. Pociesznych, choć niespecjalnie odkrywczych i fatalnie nagłośnionych Włochów z The Orange Man Theory skłaniają do przeniesienia się ze sceny na opustoszały parkiet. Dla gwiazdy wieczoru, jak się z czasem okazuje, klub równie dobrze mógłby być zupełnie pusty.
            Stwierdzenie, że jestem wielkim fanem LP L’ Autrichienne byłoby mocnym niedomówieniem. Uważam ją za jedno z najciekawszych wydawnictw ostatnich lat. Płyta to chimeryczna, ale niesamowicie świadoma w każdej ze swoich gatunkowych eskapad, hipnotyzująca, ale i przytłaczająca miażdżącym brzmieniem. Dzięki delikatności i zmysłowości Gazelle Amber Valentine, czarująca melodyką niespotykaną w gatunku. Gdybym miał się wysilić i zwięźle scharakteryzować tą muzykę, nazwałbym ją popem utaplanym w smole i siarce.
            W Minodze zabrakło choćby nuty przywodzącej na myśl ten niesamowity album. Uruchomienie wzmacniacza przez lepszą połówkę duetu rozpoczęło godzinny, nieprzerwany choćby chwilą wyciszenia festiwal sprzężeń i jazgotu. Zupełnie zacierając granice między utworami, wszystko zlewa się w jeden huk, sprawiający, że klub drży w posadach. Choć zespół pozbawiony jest absurdalnie gigantycznej ściany głośników, którą podobno zwykł wciskać w kluby jeszcze mniejsze od Minogi, natężenie dźwięku niebezpiecznie balansuje na granicy bólu. Obdarzona anielskim głosem Valentine ogranicza się do growlingu i krzyku, jej konkubent Edgar Livengood niemiłosiernie nabija powolny rytm, okładając bębny pięściami. Kiedy indziej kilkoma pałkami na raz, które łamane w ferworze tej kanonady fruwają w powietrzu niczym trociny w tartaku. Powolny, ociężały doom przerywają jedynie sporadyczne chwile grindowego blastu.
            Pozornie ten performance mógłby sprawiać wrażenie zagrania na nosie, czy też złośliwego maltretowania publiczności. Duet rezygnuje z jakiejkolwiek interakcji z publiką, wyłączywszy końcowe pokazywanie rogów w wykonaniu Valentine. Oddziela się od niej niewidzialnym murem, zamieniając występ w coś intymnego, jak gdyby dialog wyjątkowo kapryśnej pary. Tylko chwilami subtelny i czułostkowy, głównie pełen furii i zgiełku. Przez większość koncertu brzmiało to jak rozmowy moich sąsiadów dochodzące zza ściany mojej dawnej stancji na Łazarzu, którym wtórowały dźwięki tłuczonego szkła. Podejrzewam, że przy ciągłym graniu pośród tak intensywnego hałasu, wkrótce pozostanie to jedyną formą komunikacji w związku.
            Od lat przemierzając świat vanem, Jucifer zdają się być skorzy zagrać w każdym miejscu, które posiada elektryczność. Podejrzewam, że zostawiając uchylone drzwi od mieszkania, nim się obejrzysz zastaniesz Gazelle i Edgara instalujących swoje kolosalne wzmacniacze w twojej sypialni. Granie muzyki zdaje się być dla tej pary rytuałem, dzienną rutyną, bez której nie mogą żyć. Publika jest raczej grupką panoszących się gapiów, podziwiających tą przedziwną, ale fascynującą konfrontację, po której jednak muzycy czule wtulają się w siebie. Można przeklinać wniebogłosy trwonienie sporego potencjału (nawet komercyjnego!), mimo którego zespół uparcie tkwi na obrzeżach muzycznego przemysłu. Nie zmienia to faktu, że ten nietuzinkowy i nieprzewidywalny duet wciąż fascynuje, a jego kabalistyczne występy to istna magia.


czwartek, 28 kwietnia 2011

Dorena 26.04.2011, Poznań, Charyzma.

(…) “There is nothing like an Easter morning to make a man feel clean and reborn and at one with God's intentions.'" (…) "So we went on to the monkey house together, and what do you think we saw?" (…) "We saw a monkey playing with his private parts!"

Kurt Vonnegut Jr., Welcome to the Monkey House

Muszę przyznać, udzieliła mi się wielkanocna atmosfera. W wiosennej aurze moje ponuractwo wypadałoby wręcz niedorzecznie, dla dobra otoczenia i na miarę swoich skromnych możliwości sensorycznych staram się więc dostosować do wszechobecnej bukoliczność. Chłonę rozkoszną pogodę, niemalże całkowicie rezygnuję z wygód komunikacji miejskiej. Dziennie pokonuję pieszo kilometry, mijając rodziny na wczasach, zadurzone w sobie pary i wesoło pijanych licealistów. Zmiany dotykają nawet doboru pozycji Milesa Davisa, konstanta w moim odtwarzaczu. Smętne nuty 'Round About Midnight i Sketches of Spain zastępuję zamaszystym Birth of the Cool.
            Dostrajanie się do zmiennych warunków zdają się mieć we krwi również muzycy szwedzkiego Dorena. Podobno zaczynali swój muzyczny wojaż grając screamo. Odebrałem to jako przestrogę, by ostrożnie zagłębiać się w ich dokonania. Ostatecznie zapoznałem się z płytką Holofon, jak się okazało, zaskakująco udaną. Panowie nagle zapragnęli bawić się post-rock (według koncertowej ulotki, wciąż doprawiony elementami screamo, baju baju). Wychodzi im to nad wyraz dobrze. Co najważniejsze, zręcznie przeskakują nad sidłami zastawionymi przez traperów ograniczających rewiry gatunku. Nieskrępowane podejście do dźwięku i kompozycji jest w założeniu esencją muzyki post-rockowej, zapędza jednak wiele zespołów w kozi róg. Serwują zlepki motywów, ograniczając je do dłużących się pasaży i skakania między przeciwległymi motywami (ciężko/delikatnie/ciężko/delikatnie razy ∞), zamieniając eksperymentalizm w żonglerkę kliszami. Takiego problemu nie ma Dorena - panowie tworzą długie, ale zwięzłe kompozycje budowane na chwytliwych, nieprzekombinowanych motywach. Materiał na Holofon jest przy tym wyjątkowo melancholijny. Nie mam pojęcia, co może być motywacją dla pisania takiej muzyki w Szwecji. Rozczarowanie systemem państwa opiekuńczego?
            Jakież jest moje zdziwienie, kiedy obserwując zespół w Charyzmie odnoszę wrażenie, że Szwedzi jakby na poczekaniu dopisali soundtrack do tego słonecznego, choć odrobinę dusznego dnia! Zamiast chmurnych dźwięków znanych z Homofon serwują utwory trzymające się podobnej formuły, o wiele bardziej jednak pogodne, chwilami smakujące niczym Sigur Rós serwowane w surowszej i cięższej formie. Poszczególne numery wciąż są długie, sięgają dziesięciu minut, ale dzięki wachlarzowi motywów nie nudzą, po ich zakończeniu nie czuję się jak po seansie Siedmiu Samurajów Kurosawy.
           Jak się później okazuje, jest to efekt kolejnej transformacji zespołu, który na ostatniej płycie prezentuje bardziej jowialne dźwięki. Panowie mają czelność zapowiedzieć utwór z wydanego dwa lata temu Holofon jako "old song"! Wspomniany kawałek, "The Sun Has Blinded Me", jest swoją drogą fenomenalny. Mogwai zabiliby dla takiego numeru.
Na nieszczęście, występowi Szwedów szkodzi (poniekąd sympatyczna) miejscówka. Na karłowatej scenie nie udało się zmieścić całego zespołu, dźwięk pozbawiony był stosownego dla stylu Doreny natężenia. Przygnębiająco wypadła frekwencja. Więcej osób ściśnięto w przedziale pociągu, którym wlokłem się tego dnia do Poznania. 
Ciężko mi przewidzieć, jakie będą dalsze muzyczne losy Doreny przy takiej zmienności nastrojów. Póki nie przeholują, pozostają zespołem wartym uwagi. Mimo pozytywnych wrażeń, przystopuję chyba z mającym tendencje do dźwiękowego splinu post-rockiem. Był to był dla mnie trzeci tego typu koncert w ciągu kilkunastu dni. Pozostaje mi zacierać dłonie przed odświeżającym kabaretem Jucifer!

sobota, 23 kwietnia 2011

Plum 21.04.2011, Poznań, Meskalina.

            Enigmatycznym gatunkiem jest noise. Zawsze ciężko mi było wskazać, gdzie w dzisiejszej muzyce kończy się dźwięk, a zaczyna hałas. Rzeczy zdawałoby się konwencjonalne zdarza mi odbierać jako kompletny bełkot, przy którym jazdy Merzbowa brzmią jak muzyka windowa. W kontekście samego gatunku, Alfą i Omegą zawsze była dla mnie rodzima Ewa Braun. Nic raczej nie zapełni powstałej po zgonie zespołu luki na rodzimej scenie (czy raczej luki w mojej głowie - pamięta ktoś ich jeszcze?). Do roli szpachlówki z pewnością nie próbuje aspirować podciągany pod ten nurt Plum, którego aktualne dokonania odległe są od eksperymentalnej wrzawy nieodżałowanej Ewki. W miejsce obiecanego przez etykietę chaosu i zgiełku funduje muzykę konkretną, poukładaną i zaraźliwie chwytliwą. Co nie znaczy, że pozbawioną animuszu. Proszę mi wybaczyć niespecjalnie finezyjną referencję, ale utwory z świeżuteńkiego LP Hoax faktycznie nabijają śliwy pod oczami.
            Twórczość zespołu znałem dotychczas pobieżnie, rzeczywiście kojarzyłem ją raczej z bardziej wyrafinowanymi poszukiwaniami Sonic Youth. Zdziwiony więc byłem słysząc na Hoax materiał wyjątkowo prosty, surowy, wolny od dalekobieżnych wycieczek w dysonanse i muzyczny tumult. Za pomocą skromnych środków panowie uformowali wyrazisty styl, który jest stanowczo zbyt absorbujący, by głowić się nad jakimikolwiek porównaniami.
            Wieczór w Meskalinie zaczynają utworem tytułowym z nowej płyty, który z początku zapowiada się na zwięzłą, przebojową piosenkę, z czasem rozciąga się jednak do niebotycznych rozmiarów. Wychodzi z tego istne monstrum. Przez sześć i pól minuty ciągnie się jak buldożer na pierwszym biegu i niech mnie diabli, jeśli nie jest przyjemnie pod tymi gąsienicami! Podobną, wesoło miażdżącą wszystko po drodze przejażdżkę serwują w następującym po nim "It's a Must". Po stonowanym początku "You Know Buddy" panowie zaciągają wsteczny i jeszcze raz zrównują wszystko z ziemią.
            "Śliwki" przyznają się do fascynacji The Jesus Lizard i rzeczywiście, jest w tej muzyce coś z odmóżdżającej, przytłaczająco dusznej atmosfery tej haniebnie niedocenionej kapeli. Wyjątkowe wrażenie robi szczególna umiejętność płynnego przechodzenia między mnogimi wątkami utworów. Stonowany we wstępie, monotonny w zwrotce i znakomitym refrenie "Touch" w drugiej części eksploduje niczym szrapnel. Wprost proporcjonalnie sprawy mają się w bujającym "Patch" - ciężkim, topornym, pod koniec którego zespół urządza sobie wycieczkę na melodyjniejsze grunty. Niezawodne (choć,w związku z kameralnością miejsca, w kwestii natężenia dźwięku odrobinę wstrzemięźliwe) nagłośnienie Meskaliny doskonale służy iskrzącej sekcji rytmicznej. Jest ona więcej, niż bijącym sercem muzyki, tworzy jej cały szkielet. Partie mięsistego, ciężkiego jak ołów basu na Hoax to majstersztyk.
            Lwią część godzinnego setu stanowią nowe utwory, co mnie specjalnie nie dziwi - panowie wypuścili spójny, przebojowy materiał, który doskonale sprawdza się na żywo. Żywiołem na scenie przypominają, co powinno znaczyć pojęcie Power Trio, kastrowane w dzisiejszej muzyce z pierwszego członu. Mimo niefortunnej, przedświątecznej daty obyło się bez frekwencyjnego obciachu, liczę jednakże, że do czasu zapowiadanego za pół roku powrotu do Poznania większa liczba miejscowego kwiatu młodzieży zapozna się z elektryzującym dorobkiem Śliwy. Mały research i okazuje się, że nie musi to być wyjątkowo kosztowne.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Baaba Kulka, Adre'N'Alin 17.04.2011, Poznań, Blue Note.

            Tak się złożyło, że tego samego wieczoru przyszło mi zobaczyć pierwszy w swoim życiu seans filmowy, jak i otrzymać w prezencie pierwszą taśmę z muzyką. Był to rok 1993, ojciec zabrał mnie na Park Jurajski do słupskiego kina Millenium, swoją drogą zamkniętego niedawno po 47-latach działalności (tym samym w 100-tysięcznym "Paryżu Północy" pozostał jeszcze tylko jeden studyjny karzełek). Po drodze wstąpiliśmy do znajdującego się na miejskim rynku sklepu muzycznego, gdzie zakupiliśmy tandetne, przedhologramowe wydanie Piece of Mind Iron Maiden. Siłą rzeczy muszę ten zespół darzyć pewnym sentymentem, mimo iż słuchając dziś niektórych z tych nagrań mogę tylko zakłopotany marszczyć czoło.
            Nic ze swojego wieloletniego zamiłowania do Ironów nie stracił z kolei mój współlokator, którego udało mi się wyciągnąć do Blue Note'a. Ciekawiła mnie bardzo jego reakcja na działalność Baaby Kulki, zważywszy, że domniemany hołd składany przez zespół przed czarnym ołtarzem Żelaznej Dziewicy zdaje się być różnorako odbierany przez dysputujących pod youtube'owymi nagraniami z koncertów fanów. Za frywolne podejście do klasyków NWOBHM wielu z nich najchętniej posłałoby Panią Gabrielę Kulkę i towarzyszący jej ansambl do wszystkich diabłów. 
            Zanim gwiazda wieczoru rozpocznie bezczeszczenie nawy metalowej świątyni, drobną zakąskę serwuje projekt Adre'N'Alin. Całkiem smakowitą, zręcznie łączącą partie pianina i smyczków z chłodną elektroniką. W pierwszym numerze trącą myszką partie sztucznej perkusji, na szczęście okazują się jednorazowym wybrykiem – subtelne dźwięki klasycznych instrumentów mieszane są później z zmechanizowanymi beatami, co brzmi o niebo lepiej. W parze z budzącym skojarzenia z manchesterskimi straceńcami wokalem wychodzi muzyka dość interesująca, z tym, że pasująca jak kwiatek do kożucha (czy raczej kożuch do kwiatka) w zestawieniu z następującym po niej kabaretem.
            Donosy instalujących się na scenie muzyków, jakoby Pani Gabriela nie mogła tego dnia śpiewać z powodu choróbska okazują się żartem, na który jednak łatwo można było się nabrać. Drobniutkiej postury, dziewczęcej urody wokalistka posiada spojrzenie, które samo zdaje się mówić "wyśpię się po śmierci". Sprawia wrażenie zmęczonej wszystkim dookoła, zamkniętej w sobie dziewczynki, po przymusowych lekcjach pianina w zaciszu domowym katującej do przezroczystości taśmę z Powerslave. Wbrew zapowiedzi, jakoby miała ograniczyć się do pukania w klawisze, od początku brzmi rozkosznie.
            Choć projekt ten z założenia ma być hołdem, a nie pastiszem twórczości Iron Maiden, z towarzyszem pokładamy się ze śmiechu od pierwszych dźwięków przerobionego hymnu Wydziału Energetyki i Lotnictwa warszawskiej Polibudy. Gdy przechodzi on w "The Clairvoyant", krztuszę się piwem. Cały show może sprawiać wrażenie kompletnej błazenady. Mam łzy w oczach podczas przerobionego wstępu do "The Number of the Beast", jeśli jest jednak na sali ktoś, kto ma większy ubaw z tej groteski, to chyba sami muzycy. Można odnieść wrażenie, że przekomarzają się między sobą, jeszcze bardziej przekształcając dostatecznie już zbezczeszczone pierwowzory.  
            Przypomina mi się scena z dokumentu Behind the Iron Curtain, w której Bruce Dickinson rozmawia w jakiejś polskiej dyskotece z gołowąsem, który zwierza się, że chce grać heavy metal na keyboardzie. Wokalista uważa to za absolutnie niemożliwe (oddzielna sprawa, że zespół zacznie używać syntezatorów na następnych płytach). Tymczasem w interpretacjach Baaby Kulki Pani Gabriela chwyta za kiczowaty keytar, pojawiają się dęciaki, tamburyny, perkusyjne pady – rzeczywiście, brzmi to jak zły sen młodego metalowca.
            Wbrew pomstującym wniebogłosy adwersarzom, wyobraźnia, jaką muzycy popisują się przy transformowaniu tych utworów czyni ten projekt czymś więcej, niż ciekawostką dla bardziej otwartych zapaleńców Żelaznej Dziewicy. Pani Kulka i spółka roztrzaskują te kawałki w dobry mak, składając z cząsteczek coś zupełnie innego, tętniącego nowym życiem, po oryginałach dziedziczące często jedynie liryki. Przerobiony na disco (!) "Prodigal Son" jest wyśmienity, przywodzi mi na myśl obrazoburcze wykonanie "Sabbath Bloody Sabbath" The Cardigans. W najwierniejszym oryginałowi "To Tame a Land" akcentowane są quasi-orientalne motywy utworu, jakby stworzone dla partii klarnetu i bhangrowych rytmów. Fenomenalnie wypada przekształcone w bossa-novę "Still Life", wieńczy zaś wszystko wykonane a cappella (z udziałem licznej, choć nieco niemrawej publiki) "Ides of March".  
            To nie jest kolejny tribute, nie jest to też parodia, jak sugerowaliby oburzeni radykałowie. To grupa świetnych muzyków o olbrzymiej wyobraźni, bawiących się dźwiękami, które przecież w pierwszej kolejności zachęcały ich do chwytania za instrumenty. Mój kamrat, wyłączywszy swoją bezkrytyczną miłości do Ironów niespecjalnie lubujący się w metalowych dźwiękach, nie może wyjść z zachwytu. Twierdzi, że zakochałby się w tych utworach nawet, gdyby nie znał ich pierwowzorów. Zgadzam się z nim całkowicie i sądzę, że ten wniosek dobitnie pokazuje rozbrajający urok Iron Maiden. Nie jest to muzyka najambitniejsza, najbardziej skomplikowana technicznie, ani też w jakiś wybitny sposób inteligentna, mimo cytowania Coleridge'a i greckiej mitologii. Za to od lat nie tracąca nic ze swojej popularności dzięki niewyczerpanej werwie i tworzonej z przymrużeniem oka otoczce. Przede wszystkim jednak, od samego początku tworzona z naciskiem na przebojowość. Stąd być może niechęć niektórych osób do zespołu obnażającego i eksploatującego ten, co by nie mówić, popowy potencjał? Czyżby bali się prawdy? 

Pełen debiut Baaba Kulka do przesłuchaniu tutaj: http://baabakulka.bandcamp.com/album/baaba-kulka

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Death Angel, Suicidal Angels, Resistance 31.03.2011, Wrocław, Firlej.

            Mimo uporczywego tłumienia w sobie skłonności do nostalgii, z lekkim uśmiechem zdarza mi się wspominać obraz siebie, 10-letniego pacholęcia, nieco zamkniętego w sobie, aczkolwiek pełnego życia i niesamowicie wnikliwego. Z koszmarną fryzurą, krzywym zgryzem i dużą szparą między przednimi zębami. Na ogół bardzo pogodnego - krajobraz za oknem był wtedy jednym wielkim podwórkiem, nie zaś padołem łez, jak go dziś człowiek nazywa. Poznawana muzyka była radosnym soundtrackiem do beztrosko mijających dni, a jej odkrywanie idealnym ujściem dla młodzieńczej ciekawości, miast rozpaczliwym poszukiwaniem terapeutycznego remedium na codzienne frustracje, jakim z biegiem lat się stała. Poznawałem ją przekopując się przez zbiory mojego ojca, sterty pirackich kaset magnetofonowych, bezkarnie rozprowadzanych kiedyś przez firmy takie jak Takt, MG czy Elbo. Podwaliny dla moich pierwszych muzycznych preferencji stanowił więc testament (nomen omen!) ojcowskiego gustu w postaci zbioru kaset z thrash metalem. 
            Choć byłem stosunkowo spokojnym i pogodnym, z natury przy tym chorobliwie nieśmiałym podrostkiem, z miejsca zapałałem miłością do tego gatunku. Potrzebowałem rzeczy ciężkich, szybkich, folgujących mojej wybujałej wyobraźni pseudo-demoniczną, komiksową otoczką. W doborze kaset, które trafiały do sędziwego odtwarzacza spore znaczenie odgrywały okładki. Szansę dostawała każda taśma okraszona różnego rodzaju plugastwami i ciężką do odczytania czcionką nazwy zespołu. Dlatego też nie wahałem się przez chwilę natrafiwszy na pudełko ozdobione obrazem zdewastowanej okolicy, zabawnie przypominającej będące mi wówczas miejscem zabaw stare budynki, burzone pod nowocześniejszą dzielnicę. Był to debiut Death Angel, rozczulająco z perspektywy czasu zatytułowany The Ultra-Violence.  
            Jeszcze przez wiele lat wszystkie negatywne emocje uchodziły ze mnie dzięki niemiłosiernemu katowaniu tych starych taśm na rozlatującym się boomboksie. Wydaje mi się, że wyłącznie dzięki impulsywności i awanturniczości słuchanej muzyki okres adolescencji minął mi wolny od przejawów gniewu i agresji. Czasem trafia do mnie, że o ile burzę hormonów zagłuszyły w moim przypadku wielogodzinne sesje z Reign in Blood, Darkness Descends, czy Bonded by Blood, o tyle gdyby tylko ten cherlawy chłopczyk miał szansę ujrzeć swoje starsze o dziesięć lat ja - krótkowłose, noszące golfy i zasłuchujące się w Charlotte Gainsbourg - zlałby on je po pysku.
            Czas płynie, młodzieńczy szwung zaskakująco przedwcześnie uchodzi z ciebie i każdego twojego rówieśnika, dziecięce marzenia odchodzą w niepamięć, młodzieńcze ambicje zaś rychło weryfikuje bezwzględna rzeczywistość. Nie ma mowy jednak bym pozostał w domu, gdy w niedalekim przecież Wrocławiu nadarza się okazja spełnienia nieśmiałego marzenia szczenięcych lat - usłyszenia na żywo nieczytelnych niemalże trzasków odtwarzanych swego czasu z tych prehistorycznych kaset.
            Powiew nostalgii poczułem już przekraczając próg Firlejowskiej sali, rozmiarem przywołującej wspomnienie z usteckiego Domu Kultury, frekwencją zaś odbywające się tam przeglądy lokalnych zespołów. Belgowie z Resistance, choć śrubują swój siermiężny deathcore z niemałym zapałem, zbiera pod sceną ledwie tuzin zapaleńców.
             Odrobinkę większa grupka zbiera się pod barierkami gdy na scenę wchodzą Grecy z Suicidal Angels. Zespół sprawia wrażenie poddanego krioprezerwacji  – Ed Repka na obwolucie, pozbawione jakiegokolwiek sensu, ale pieszczące zmysły każdego fana gatunku tytuły ("Reborn in Violence", "Bleeding Holocaust") i sama muzyka - gdzieś pomiędzy Sepulturą z okresu Beneath the Remains, a teutońską sieką w stylu Kreator. Podobnych, bez wątpienia sympatycznych zespołów próbujących przywołać aurę okresu największej prosperity thrashu jest co raz więcej. Gama Bomb, Bonded by Blood, czy też Merciless Death to przesympatyczne zespoły, jednakże mocno konserwatywne, zamknięte w sztywnych ramach stylu i jakby eskapistyczne w swoim zapatrzeniu w przeszłość. Nawiązujące do tuzów z szacunkiem i ostrożnością, niestety, na zawsze tym samym skazane na podziemie, ponad które wydostawali się tylko nieliczni przedstawiciele gatunku, właśnie dzięki łamaniu utartych konwenansów.
            Jednym z najodważniejszych zespołów w nurcie był bez wątpienia Death Angel. Skupiający muzyków oszałamiająco młodych, mimo to śmiało wykraczających poza thrashmetalowe rewiry, niewstydzących się rozległych inspiracji. Tym samym zaskoczyła mnie odrobinę przesłuchana naprędce najświeższa płytka zespołu, Relentless Retribution. Powstała w odświeżonym składzie, do bólu oldskulowa, pozbawiona jednak niegdysiejszej zuchwałości, z którą zespół wychylał się się ponad podręcznikowe regułki thrashu. Jej brak był mi zaskoczeniem zwłaszcza mając w pamięci skądinąd wyjątkowo zróżnicowane "Killing Season".
            Gdy w głośnikach rozbrzmiewa akustyczne intro w wykonaniu wyśmienitego duetu Rodrigo y Gabriela, rozglądam się po klubie z zażenowaniem. Od czasu supportów nie przybyło wiele osób, pod sceną ścisnęło się raptem kilkadziesiąt zapaleńców, drugie tyle luźno rozstawiło się na tyłach klubu. Smutny widok, zważywszy, że drzwi do większej kariery zostały zatrzaśnięte przed zespołem po niefortunnym wypadku autokaru na początku lat dziewięćdziesiątych. Próżno jednak szukać grymasów na twarzach niezmordowanych Marka Oseguedy i Roba Cavestany’ego gdy uderzają świeżym "I Choose the Sky". Tym bardziej pośród publiki, która mimo drobnych gabarytów okazuje się nad wyraz żywiołowa, co z wyraźnym wzruszeniem chwali sobie później lider. Widok zamiatającego dreadami podłogę Marka i przebiegającego na scenie kilometry Roba przywołuje w mojej głowie wspomnienia tego, czym faktycznie była dla mnie swego czasu ta muzyka – źródłem beztroskiej i, mimo niezręcznych prób otaczania wszystkiego diaboliczną aurą, bezpretensjonalnej zabawy. Przecieram oczy spoglądając na wtórujący rozszalałym weteranom nowy nabytek w postaci basisty Damiena Sissona. Czytałem o nim jako o domniemanej kopii Cliffa Burtona, facet tymczasem okazuje się jego pełną inkarnacją.
Mimo kilkuletniej rozłąki z działalnością zespołu i, prawdę mówiąc, całym gatunkiem, autor szybko dochodzi do wniosku, że nie jest w stanie stać w bezruchu słysząc kanonadę "Evil Priest", thrashujące boogie "Bored", czy nieludzkie krzyki Marka w "Mistress of Pain". Nagle też dociera do niego, że lata temu na dobre wwierciły mu się w głowę refreny "Seemingly Endless Time" i "Veil of Deception" – jedynej chwili oddechu w trakcie występu. Panowie wystawiają tego wieczoru najcięższą artylerię – lwią część repertuaru stanowią utwory z debiutu i zeszłorocznego krążka, a więc czysto thrashowy materiał. Skruszony, odsyłam w diabli wszelkie zarzuty odgrzewania kotleta – nowe utwory na żywo nabierają niesamowitej mocy. Znakomicie wypadają "Truce" i "Claws in so Deep". "Opponents at Sides", przy pierwszym zetknięciu dłużący się i monotonny, zasłużenie zostaje ciepło przyjęty przez publikę. "River of Rapture" godne jest miejsca pośród bisów, zaraz obok innych szlagierów nowoczesnego thrashu w postaci wgniatającego w podłogę "Lord of Hate" i finałowego "Thrown to the Wolves", poprzedzonego oldfieldowskim cytatem z The Exorcist, wokół którego zbudowany został utwór tytułowy z debiutanckiej płyty. Patrząc jak Cavestany odgrywa ostatnią solówkę w fosie, a wyraźnie zadowolony wokalista z szelmowskim uśmiechem odbiera "żółwiki" nie można nie odnieść wrażenia, że czerpią oni z tego frajdę nie mniejszą, niż rozszalała publika.   
 Choć czasy emisji klipów na MTV nie wrócą nigdy, a twórczość zespołu na dobre chyba pozostanie przyjemnością garstki pasjonatów, przez cały show po zespole nie widać krzty zrezygnowania. Można nazywać tą muzykę przebrzmiałą, tak długo jednak, jak zespoły pokroju Death Angel będą wkładać w swoje rzemiosło tyle serca, tak długo i ja będę gościł na ich koncertach. To ten entuzjazm, ta ikra i ta dusza wkładana w sztukę narodziła we mnie uczucie do muzyki. 

niedziela, 27 marca 2011

Blindead, Obscure Sphinx, HRV, In Twilight's Embrace, Vidian 26.03.2011, Poznań, Blue Note.

Cztery razy w ciągu dwóch lat miałem niemałą przyjemność podziwiać Blindead na deskach poznańskich klubów. Sukcesywnie lądowali w co raz to większych lokalach, kolejno Bazylu, nieodżałowanej Piwnicy 21, ostatnio dając fenomenalny koncert w Eskulapie. Miało to miejsce blisko półtora roku temu, separacja trwała więc długo, wydłużyło ją w dodatku niefortunne odwołanie koncertu zaplanowanego na zeszły grudzień. Szczęście w nieszczęściu, pomyślałem, gdy okazało się, że rekompensata będzie miała miejsce nie w planowanej pierwotnie Minodze, a w Blue Note. Pojemniejszy klub, lepsze nagłośnienie, z pewnością większa swoboda dla zespołu. Niestety, na każdej z tych płaszczyzn pojawiły się zgrzyty.
            Zaskoczyła mnie gorsza niż swego czasu w Eskulapie frekwencja. Co dziwne, szczytową liczebność osiągnęła gdzieś w połowie imprezy, pod sam koniec zdawała się być nieco przerzedzona. W różnych momentach występów szwankowało brzmienie – najlepiej brzmiącą kapelą okazało się młodziutkie Obscure Sphinx. Nadmierne natężenie dźwięku zaszkodziło, ponownie, nieszczęsnemu daniu głównemu.   
À propos kapel rozgrzewających – atrakcja wieczoru zawsze miała smykałkę do otaczania się interesującym towarzystwem. Proghma-C, Blues Beatdown, Tides of Nebula – wszystkie te kapele zdobywały moją sympatię występując pod kuratelą Blindead. I w tym mnogim zestawie (są w tym kraju organizatorzy, którzy pięciozespołowe koncerty reklamują jako „festiwale”) znalazło się miejsce dla frapującego odkrycia.
Ale po kolei. Nieco spóźniony załapuję się na trzy ostatnie kawałki Vidian, którzy łoją przyzwoicie – brutalnie, aczkolwiek wyraźnie lubują się w średnich tempach, nie gardząc przy tym spokojniejszymi wstawkami. Nie porywa mnie In Twighlit’s Embrace. Jest wszystko – świece na wzmacniaczach, pompatyczne intro, tyrady między kawałkami, słowem, śmiertelnie poważna otoczka. Niestety, nic co mogłoby mnie zainteresować. Średnim pomysłem było ustalenie jako trzeciego w kolejności projektu HRV. Na tym etapie sample blindeadowych gitar i wokalu to pomyłka - nie podjada się obiadu w porze aperitif! Tym bardziej, że poniekąd ciekawe elektroniczne poszukiwania Hervy’ego w towarzystwie bębnów doskonale sprawdziłyby się w postaci epilogu koncertu Blindead. Czy też, stosując bardziej akuratna terminologię, w roli afterparty.
Wokalistka Obscure Sphinx, z nieznanego mi powodu, ramiona ma obwiązane bandażami. I imponujące płuca – zarówno śpiew jak i krzyk ma iście piorunujące. Podobnie mają się kompozycje – długie, wielowątkowe utwory, doskonale balansujące między ciężarem a transowymi pasażami, które doskonale podkreśla wyważone, selektywne brzmienie. Podejrzewam, że z włamania do mieszkań muzyków wyszłoby się wyposażonym w dyskografię śp. Isis. Faktem jest, że numerami takimi, jak zagrany na koniec porażający wałek naprawdę mogą ostudzić łzy wszystkich opłakujących przedwczesny fin autorów Panopticon. Nie jestem osamotniony w swoim zachwycie – OS pozostają, jak się później okazuje, jedyną kapelą wzywaną na bis.
Nie lada wyzwanie w postaci próby przebicia fantastycznej Autoscopii, ambitny koncept i historia, stonowanie brzmienia, ale też nadanie mu jeszcze bardziej rozbudowanej, wielowarstwowej formy – Affliction XXIX II MXMVI spełniło wszystkie moje oczekiwania. Zespół nie próbuje wywarzyć otwartych drzwi – eksperymentuje w zakresie własnego potencjału, z płyty na płytę rewitalizuje własne brzmienie, stopniowo je udoskonalając. To dzięki tej świadomej ewolucji całkowicie odcina się od porównań z innymi post-metalowymi kapelami. Zespół z wizją, za którą konsekwentnie podąża, doskonała maszyna koncertowa, najlepsze gardło na rodzimej scenie okołometalowej (utrzymuję tą opinię od czasu usłyszenia Nicka w Neolithic osiem lat temu). Naturalną koleją rzeczy, wzrastają też chyba moje wymagania.
Może też dlatego jestem koncertowym odegraniem Affliction nieco rozczarowany?. Odegranie takiej płyty wymaga żelaznej dyscypliny, na czym ucierpieć nieco może żywioł. Otwierający "Self-Consciousness is Desire and" wypada jeszcze bardzo dobrze, a czytane fragmenty opowiadania Kofty mrożą krew w żyłach. Zastanawiało mnie wykonanie absolutnej perły, jaką jest "After 38 Weeks", ozdobionej zniewalającą partią trąbki. W tym momencie zaczynam jednak kręcić nosem - przywołana w postaci sampla nieco trąci myszką. O ile w jakiś sposób jestem w stanie zrozumieć mus jej odtworzenia, tak już sample dodatkowych wokali w "My New Playground Became" uważam za całkowicie zbyteczne. Podziwiam drobiazgowość zespołu, ale ten powalający utwór nic by nie stracił w surowszej, pozbawionej dodatkowej ornamentyki wersji. Choć to integralna część płyty, najbardziej eksperymentalny "Dark and Gray" i zawarte w nim cytaty z McCarthy’ego również nie wypadają zbyt przekonująco na żywo.
Gdy zaczynam nabierać obawy, że przy utrzymaniu tej tendencji wykonanie płyty zakończy się fiaskiem, druga jej połowa wypada o wiele lepiej. Świetne dźwiękowe tła autorstwa Hervy’ego, wspomniane fragmenty prozy, posępne wizualizacje - każdy bawi się dziś takimi smaczkami, mało kto potrafi dobrać tak adekwatnie klimatyczne środki wyrazu. Nareszcie udaje się odtworzyć niepokojąco gęstą atmosferę LP.
 Zespół serwuje jeszcze parę numerów, przewijają się fragmenty EP Impulse, nie ukrywam, że zacieram ręce w oczekiwaniu na fragmenty Murder in Phazes. Tymczasem, zdawałoby się raptem na półmetku występu, zespół znika ze sceny. Brak monumentalnego "Phaze I", czy też "Symmetry" (którego przedpremierowym wtedy wykonaniem zespół po raz pierwszy rozłożył mnie na łopatki podczas trasy z Nyia i Antigamą) najwyraźniej dziwi tylko mnie – bez chwili wahania zmywa się również cała publika.
            Nie chcę, by przez te wywody ktoś mógł odnieść wrażenie, że był to słaby gig. Blindead to kapela stawiająca sobie poprzeczkę bardzo wysoko, sprawność działania tej maszyny zależy od tak wielu czynników, że najmniejsza nawet usterka w niej odbija się na wydajności. W ostatecznym rozrachunku Affliction XXIX II MXMVI pozostaje świetną płytą, niestety, na żywo nie nabiera tyle wigoru, ile zyskiwała długogrająca poprzedniczka.


piątek, 25 marca 2011

Paula i Karol 24.03.2011, Poznań, Pod Minogą.


            Doskonale znam swoją gderliwość i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że może być ona główną przyczyną faktu, że na wybitnej większości relacjonowanych tu koncertów ląduję sam. Całe szczęście, że niedoszli towarzysze eskapad to z reguły znakomici dyplomaci, dzięki których wymyślnym usprawiedliwieniom trwać mogę w błogiej ignorancji. W zdumienie wprawił mnie jednak kumpel, który brak chęci zobaczenia w Minodze przynajmniej-z-nazwy-duetu Paula i Karol podparł argumentem, jakoby "nie był jeszcze gotowy na słuchanie folku". Na przekór obawom sceptycznego kamrata, muzyka ich przypadła mi do gustu jako rzecz prosta i bezpretensjonalna – idealna odskocznia po wyrafinowanych poszukiwaniach Jaga Jazzist. Decyzję podjąłem doskonałą, właśnie na scenie muzykom udaje się odtworzyć pełnię wigoru drzemiącą w ich dziarskim materiale.
Z miejsca odniosłem wrażenie, że muzycy faktycznie stanowią doskonałe antidotum, z tym, że raczej na szablonową mrukliwość krajowej sceny (odzwierciedlającą, rzecz jasna, ogólnonarodową przypadłość) - krocie zespołów pozujących do zdjęć pośród torów kolejowych z rzewnymi minami i spuszczonymi głowami. Zamiast grymasów, kołnierzy i krawatów - rozskakana banda chłopa w wełnianych czapkach i promieniująca, bez przerwy chichocząca wokalistka. Pani Paula z jakiegoś powodu wybucha śmiechem nawet w trakcie śpiewania, nie przerywając uderzania w cymbałki i grzechotania shakerem, co robi na mnie wrażenie szczególne – uśmiechanie się kosztuje mnie tyle wysiłku, że nie potrafię jednocześnie wykonywać jakiejkolwiek innej czynności (ani manualnej, ani mentalnej). 
W dokonaniach Pauli i Karola słyszę bardzo dużo Ameryki Północnej. Chwilami brzmi ona niczym jankeski folk rodem prosto z Appalachów, resztki wątpliwości co do inspiracji powinien rozwiać tytuł utworu "This is Country!". Komuś mogliby skojarzyć się z duetami Johnny'ego Casha i June Carter, choć, jak daję słowo, sam Pan Karol śpiewem i werwą przywodzi mi na myśl Cat’a Stevensa. Krótkie, proste utwory o błahych, ale jakże ujmująco lapidarnych refrenach - nucenie "pararara", odliczanie cyferek, czy też jedna, uroczo zawodząca samogłoska. Rozwiązania proste, a jednak niezawodne, z jakiegoś powodu rzadko bądź nieśmiele praktykowane. Na złość konwenansom, Paula i Karol bawią się z muzyką, jak gdyby istnieli na scenie tylko i wyłączenie dla własnej przyjemności – nie ma w ich występie nic wymuszonego, nienaturalnego. Kojący to widok, naoglądałem się już w życiu muzyków w trakcie koncertu nie bardziej entuzjastycznych, niż podczas badań proktologicznych.  
            Nie można spodziewać się zbyt długich setów po artystach raczkujących dopiero na naszej parszywej scenie muzycznej, muzykom zręcznie udaje się jednak rozciągnąć koncert do granic możliwości. I to z jaką klasą! Cover A Tribe Called Quest (że też nie zdecydowali się na "Bonita Applebum"!) raz, że wymaga tupetu, dwa – sporo wyobraźni. Wykonanie ostatniego utworu na środku parkietu pośród siedzącej publiki – naprawdę przesympatyczny gest.
Niewielu widziałem ostatnimi czasy artystów tak bardzo żyjących tym, co robią. W Pauli i Karolu drzemie kolosalny ładunek pozytywnej energii, na żywo rozsiewają aurę spontanicznej zabawy. Jednocześnie oferują muzykę w tym kraju egzotyczną i wyjątkowo daleką od aktualnych trendów, tym samym bardzo odważną. Wbrew wspomnianym uprzedzeniom mojego niedoszłego towarzysza, nie jest to też muzyka, która wymagałaby dorastania. Sądzę, że pośród takich właśnie dźwięków należy wychowywać dziatki, być może kiedyś, w wieku nastoletnim nie będą się zaczytywać w Nietzschem i słuchać The Smiths.

czwartek, 24 marca 2011

Jaga Jazzist 23.03.2011, Poznań, Eskulap.

            Na pierwszy rzut oka każdy potrafiący rozróżniać litery nie powinien mieć problemu z definicją muzyki Jaga Jazzist – cała filozofia wydaje się być zawarta w nazwie. Tymczasem zeszłoroczne wydawnictwo "One Armed-Bandit" pełne jest poszukiwań, które mądralińscy krytycy zwykli nazwać post-rockowymi. Choć pamfleciści rozklejają tą etykietę gdzie popadnie, w tym przypadku nie próbowałbym nawet kąśliwie polemizować. Z drugiej strony, oglądając ściśnięty na eskulapowej scenie tłum (sprawiający tamże wrażenie jeszcze większego, niż dziewięcioosobowego) Norwegów zastanawiam się, kto by był w stanie głowić się nad formułowaniem nazw obcując z muzyką niemalże przytłaczającą swoim rozmachem?
            Choć członkowie tego nonetu to muzycy bez wątpienia kompetentni, uśmiercają oni ideę wypełniania utworów popisami solowymi. W muzyce Jaga Jazzist ich ilość jest nikła, zespół jest bezwarunkowo skupiony na kompozycji. Wirtuozeria tego kolektywu (rzadko kiedy do zespołu pasuje to określenie tak adekwatnie!) tkwi w umiejętności tworzenia utworów różnorodnych, wielowarstwowych w nastrojach i w formie, które jako całość tworzą obraz doskonale uformowanego, rozpoznawalnego stylu.
            Mocny rytm napędzany przez krępego (pozbawionego już jednak krasnoludziej brody) perkusistę, sekcja dęta, gitary, elektronika, przewijające się tu i ówdzie, instrumentalnie stosowane głosy – ogrom dźwięków zlewa się w jedną całość i, co najważniejsze, brzmi w Eskulapie selektywnie i czytelnie. Z technicznego punktu widzenia, cały koncert jest doskonały. Wspomniane nagłośnienie, efektowne oświetlenie, sympatyczna scenografia w postaci automatowych owoców, na widok których struchleć mogliby posłowie Drzewiecki i Chlebowski. Wszystko to składa się na doskonałe show, pozbawione krzykliwości, jakkolwiek bym nie przepadał za tym sformułowaniem - wręcz pieszczące zmysły.   
            Ku mojej uciesze, zespół często sięga do nowego materiału. Tętniący życiem "Book of Glass" nadaje nowe znaczenie pojęciu Allemannsretten – niemalże progresywno-rockowe gitary i syntezatory doskonale współbrzmią z ciepłymi dźwiękami ksylofonu i dęciaków. Zagrany zaraz po nim tytułowy numer z ostatniej płyty zaczyna się jakby przerobionym na swing cytatem z finału utworu "Sabbath Bloody Sabbath" wiadomego zespołu, dryfuje między różnymi nastrojami, po czym nagłe wejście syntezatorów rozbudza wspomnienie ścieżek z gier na 8-bitowe konsole. Zagrane jako jedne z ostatnich "Music! Dance! Drama!" i "Touch of Evil" okazują się godne swoich tytułów. Pierwszy jest głośny, rozszalały i napęczniały wręcz od emocji, drugiemu zaś szczypty złowieszczości dodaje surowa elektronika, choć w finale Norwegowie zaskakują dźwiękami ciepłym i nastrojowymi. Ale taka też jest cała twórczość tej orkiestry - pełna paradoksów. Teoretyczne antagonizmy w muzyce Jaga Jazzist zderzają się ze sobą i tworzą intrygującą mieszankę. Idealnie wyważoną, skupioną na budowaniu niemalże filmowego napięcia.
            Nie tylko ze względu na gabaryty można śmiało nazwać Jaga Jazzist orkiestrą. Koniec końców, rozumiem poniekąd kwękających krytyków, których może irytować odchodzenie zespołu od ściśle jazzowej konwencji. Jakkolwiek by nie nazywać jego aktualnego kierunku, według mnie spisuje się on w tej formule doskonale.

wtorek, 22 marca 2011

Żywiołak 20.03.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Nie nazwałbym tego jeszcze boomem, ale w ostatnich latach wyraźnie rośnie nam zarówno ilość, jak i popularność zespołów, które do zdobiących ich szufladki etykietek dopisują przedrostki pokroju "Etno-", "Folk-" etc. Pytanie, czy częściej są to górnolotne próby nawiązania dialogu z tradycją i, jak to się ładnie mówi, dziedzictwem kulturowym, czy też znużeni utartymi schematami muzyki nowoczesnej artyści w akcie desperacji urządzają sobie wykopaliska archeologiczne?
Zespoły, w przypadku których rdzenne wpływy muzyczne stanowiłą nie tyle dodający charakteru aromat, co jej fundament i główne tworzywo, zwykłem traktować raczej w kategoriach ciekawostek. Że nie wspomnę o przeróżnych hordach próbujących mieszać metal z narodowym folklorem, śmiertelnie poważnych w swoich pieśniach ku Świętowitowi, których przesądni członkowie, jak mniemam, szerokim łukiem mijają pola w okolicach godziny dwunastej. Zgrywy na bok, w przypływie szczerości (czy też w akcie samokrytyki) przyznam, że jako co najwyżej sympatyczne kuriozum klasyfikowałem dotychczas Żywiołaka.
            Ktokolwiek wpadł na pomysł otwarcia piętra Minogi dopiero o planowanej godzinie koncertu, napsuł z pewnością sporo krwi paru osobom, mi zaś zagwarantował sposobność przyjrzenia się profilowi publiki, jaką ci weseli neofolkowcy zdołali ściągnąć. Szeroki przekrój zebranej gawiedzi z miejsca odebrałem jako wyjątkowo dobitne świadectwo sukcesu kapeli. Jak się z czasem przekonałem, jej fenomen nie bez powodu wykracza ponad elitaryzm sceny metalowej, czy też prowincjonalność zespołów pałających się graniem folku w nieco bardziej konserwatywnym wydaniu. To też odróżnia zespół od, dajmy sobie na to, Kapeli ze Wsi Warszawa - uroczego zespół, który widziałem swego czasu w teatrze, a którego występu, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie (niestety) w klubowym środowisku. Żywiołakowi tymczasem nie tylko udało się ściągnąć pokaźny i różnorodny tłum, ale też rozkręcić hulankę, jakiej w Minodze jeszcze nie widziałem.
            Natrafiłem swego czasu na news sugerujący, jakoby zespół miał przymierzać się do zmiany składu. Niedoinformowany sądziłem, że zapowiadane roszady ma już za sobą, na scenie rozpoznaję jednak wokalistki, które kojarzę ze starych materiałów prasowych. Szybko trafiła do mnie, że lwia część siły tej muzyki tkwi w ich doskonale zharmonizowanych głosach, magnetyzującej energii i ekspresji. Z jednej strony niezmiernie się cieszę, że udało mi się załapać na przedostatni podobno ich występ, z drugiej strony, komunikat ten nabrał wyjątkowo gorzkiego smaku. Nawet, jeśli był to łabędzi śpiew owych Pań, wypadły fantastycznie. Następczynie, które będą musiały wejść w ciżmy poprzedniczek czeka ciężkie zadanie.
            Niestety, zanim jestem w stanie w pełni zachwycać się ludowym zawodzeniem wokalistek, musi minąć kilka minut walki zespołu ze szwankującym nieco dźwiękiem. Ekspresyjna gestykulacja blond śpiewaczki z początku wydawał mi się dziwną choreografią, szybko szło się zorientować, że jest to raczej błaganie konsolety o nagłośnienie wokalu. Dwa pierwsze, bardziej stonowane, ambientowe niemalże numery nieco na tym tracą, wraz z następnym zaś zespół przyśpiesza i... wszelkie dźwiękowe niedociągnięcia przygłusza entuzjazm publiki. Niestety, chwilami zagłusza niemalże wszystko, co utwierdza mnie w przekonaniu, że Minoga niespecjalnie nadaje się do co bardziej żywiołowych (no pun intended!) koncertów.
            Pogo, obnażone męskie torsy, crowd surfing, bez wątpienia osobliwy to widok w środowisku tego klubu i jego parkietu o powierzchni salonu mieszkaniowego. Choć rozskakana publika co chwilę okazuje się siłą, w starciu z którą klęskę ponosi słabe nagłośnienie, muzycy jednak, miast krzywić się i ględzić, pokazują, że Żywiołak na scenie to nieokiełznany… żywioł (znowuż nie jest to zamierzona gra słów, raczej obnażenie słabego warsztatu autora tekstu). Przede wszystkim, unosi się nad tym spektaklem atmosfera beztroskiej frajdy i wyczuć można duży dystans w nawiązaniach do mitologii słowiańskiej. Być może kogoś mogłyby skonsternować wznoszone co chwila okrzyki "Slava!", ale i z tego muzycy potrafią się ponabijać.
            Pod sam koniec zespół funduje nieco bardziej konwencjonalny, najmocniej unowocześniony na tle reszty numer "Mój Miły Rolniku". Z miejsca przyznam, że szybko stał się moim ulubionym w repertuarze kapeli, choć nie do końca może przypaść do gustu zwolennikom bardziej swojskich z jego dokonań. Jak się okazuje, jest też ostatnim utworem nagranym w aktualnym jeszcze składzie. Wróciwszy na łono mojej przytulnej stancji, postanawiam nadrobić żałosny poziom wiedzy o zespole. Natrafiam na wzmiankę o planowanych zmianach nie tylko w składzie, ale i w stylu zespołu. Jeśli kawałek ten miałby stanowić ich wyznacznik, może to być kierunek dość ryzykowny. A więc, jak to zwykł uważać niżej podpisany, jedyny słuszny!

czwartek, 17 marca 2011

Sorry Boys 16.03.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Podobno Mick Jagger i Keith Richards trafili kiedyś na wczesny, klubowy występ Jimi’ego Hendrixa, który nazwali później najbardziej rozerotyzowanym show, jaki w życiu widzieli. Nieco innej, niemniej podobnie uderzającej epifanii doznałem zeszłego wieczoru w Minodze. Występ Sorry Boys był najbardziej zmysłowym, jakiego dotychczas uświadczyłem.
            Zaznaczę, z miejsca, że o ile Hendrix bazował na prymitywnej, nieujarzmionej seksualności, tak muzyka zespołu i, co tu dużo mówić, cała sceniczna persona wokalistki Izy uderza w struny nie tyle instynktów, co zmysłów. Transcendentalny, hipnotyzujący, ognisty – same klisze nasuwają mi się na język, czuję się bowiem beznadziejnie bezradny próbując streścić w elementarnych słowach jej śpiew i charyzmę. Głos Pani Izy to coś z innego świata, mniejsza o to, że o monumentalnej mocy i kolosalnej skali - tak bardzo natężony jest emocjami, że przez cały koncert nogi uginają się pod niespodziewającym się czegoś tak intensywnego (przeklinam swoją ignorancję!) autorem. Czasem bardzo ekspresyjny, na granicy krzyku, czasem melancholijnie zawodzący, czasem, nie bójmy się tego określenia, rozczulająco słodki. W powietrzu iskrzy nie tylko od dźwięku – wokalistka na scenie żyje muzyką, obłąkańczo wręcz roztańczona. Swoim zmysłowo zachrypniętym głosem elektryzuje nawet odprawiając nieśmiałą konferansjerkę między utworami.
            Gdy sparaliżowany z wrażenia podziwiam te sceniczne ekscesy, dotychczas dziwnie apologizująca płeć brzydką nazwa nagle nabiera dla mnie nowego znaczenia. Nie jest to występ, na jaki zabrałbym obiekt westchnień – swoją ekspresją i nieokiełznaną energicznością wokalistka nonszalancko wręcz skrada całą uwagę. Sugestywność Pani Izy na scenie sprawia, że sam autor tekstu spuszcza chwilami czoło i wzrokiem lata między butami. A pierwotnie nie mogłem się nadziwić, że ktokolwiek próbuje określić tą muzykę mianem shoegaze!
            Czułbym się strasznie niezręcznie ograniczając relację do głoszenia peanów ku wokalistce, zostawiając bez słowa towarzyszący jej ensemble. Faktem jest, że żaden, nawet TAKI głos nie uratowałby muzyki wątłej i nieciekawej. Zespół tworzy jednak doskonałą przeciwsiłę dla popisów Pani Izy. Świadomą swojej roli, ale nie schowaną w tle, prostą w formie, ale bardzo wyrazistą. Sorry Boys stanowi też doskonały wzorzec dla zespołów, które próbują przeszmuglować elektronikę na łamy muzyki gitarowej. Zabawy w stylistyczny eklektyzm i nadużycia grożą śmiesznością, tutaj zaś, stosowana oszczędnie i ze smakiem – dodaje należytej pikanterii. 
            Płyta, którą w ramach pokuty za dotychczasową niewiedzę skruszony zakupiłem, wypełniona jest po brzegi znakomitymi numerami. Choć krótkimi, trzymającymi się 3-4 minutowej formuły, pękającym w szwach od fenomenalnych pomysłów. Co najważniejsze, tworzącymi spoisty koncept, okraszony nieprzerwanie frapującą atmosferą. Często ze szczyptą orientu (zagrany na koniec koncertu, kompletnie miażdżący "Salty River"), miejscami przepełniona dramatyczną melancholią ("Chance", "Trains Go Everywhere"). Jednakże zdarzają się też numery po prostu bezpretensjonalnie przebojowe, serwowane z prostą, popową subtelnością ("No Saviour"). W każdej formie brzmią przekonująco, choć nie wiem, czy tak mocno oddziaływałby teraz na mnie ten materiał, gdyby nie moje wczorajsze zetknięcie z tą muzyką w Minodze. Niech osoby mające jakiekolwiek wątpliwości po przesłuchaniu płyty potraktują to jako drobną wskazówkę.
            Sorry Boys to istny klejnot na rodzimej scenie, wciąż gigantyczny potencjał (zagrany w pewnym momencie koncertu nowy utwór wgniata w podłogę) i już teraz absolutny koncertowy fenomen. Zjawisko wyrastające wysoko ponad krajowe podwórko. Z takim show można śmiało ruszać na podbijanie świata. Jeśli Mysticowi nie uda się odpowiednio wypromować tego zespołu, z mojej strony mogą spodziewać się koktajli Mołotowa wlatujących przez okna siedziby.


wtorek, 8 marca 2011

Mouse on the Keys 6.03.2011, Poznań, Blue Note.

            Z pewnością nie jestem jedyną osobą napotykającą powikłania przy przyswajaniu szeroko pojętej kultury japońskiej. Tłumaczyć można to tylko i wyłącznie moją wrodzoną kaukaską ignorancją. Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Takim jest z pewnością literatura Harukiego Murakamiego, którą ostatnio namiętnie chłonę. Oddzielna sprawa, że pozbawiona jest ona, że tak to eufemistycznie ujmę, egzotyki  japońskich obyczajów. Bohaterowie jego książek piją whisky, słuchają Dylana i Coltrane’a, czytają Conrada. Wszystko jest mocno zainspirowane, czy też, jakby powiedział ktoś niechętnie nastawiony do tego typu  wpływów, splugawione okcydentalizmem. Podobnie sprawy mają się w przypadku goszczącego w Blue Note Mouse on the Keys. Zespół ten mółby powstać w Nowym Jorku. I, przynajmniej do pewnego momentu, nie wysyłali donośniejszych sygnałów przypominających, że pochodzą z kraju, w którym masowo sprzedaje się dietetyczną woda i kwadratowe arbuzy.
            Pochodzenie zespołu na bok, w przypadku Mouse on the Keys najbardziej zaintrygował mnie skład zespołu. Perkusja i duetu klawiszy zabierający się za mieszankę jazzu i post-rocka? Brzmi jak rzucanie się z motyką na słońce, a takie ekscentryczne zakusy zawsze sobie cenię. W Blue Nocie czekają mnie jednak niespodzianki. Pierwsza, jeszcze zanim panowie pojawili się na scenie, to wieść o dokooptowaniu saksofonu i klarnetu, pozornie więc małe rozczarowanie. Druga zaprząta mi głowę już w trakcie występu. Zastanawiam się mianowicie, gdzie w tej muzyce podziewa się ten cały post-rock (oddzielna sprawa, że najmędrsi sensei nie potrafiliby zdefiniować tej paskudnej etykiety.)? Pułapką jest też nazwa zespołu. Japończycy z pewnością nie brzmią jak gryzoń biegający po klawiaturze. Grają muzykę poukładaną, zakorzenioną nie tyle w tradycyjnym jazzie, czy też jego bardziej eksperymentalnych odmianach, co dążeniach ku jego symplifikacji sprzed kilku dekad. Kojarzy mi się z jazzem lat 80, gdy Miles Davis flirtował z popem, a Frank Zappa przywdział krawat i nagrywał kurioza pokroju Jazz From Hell. Jedynie miejscami smakowitej szczypty free-jazzowej finezji dodawały dęciaki, na które z początku nieco grymasiłem.
            Na oddzielny akapit zasługuje perkusista zespołu. Istny wulkan energii, chirurgicznie przy tym precyzyjny - czegoż jednak innego można by spodziewać się po kimś, kto nazywa się Akira Kawasaki? Skory do popisów solowych, doskonale radzi sobie również trzymając miarowy rytm przy co spokojniejszych pasażach, choć widać było, że chwilami tłumi wręcz w sobie swój zwierzęcy żywioł, eksplodując później przy kakofonicznych kodach.             
            Ku rozczarowaniu autora, drobne mankamenty popsuły nieco koherencję występu. To, że koncert podzielony zostanie na dwa sety zapowiedziano jeszcze przed jego rozpoczęciem, nie spodziewałem się jednak, że przerwa nastąpi po ledwo 30 minutach. Co więcej, owe entr’acte również trwało około pół godziny. Faktem jest, że muzycy wrócili na scenę bardziej ożywieni, rozradowani i rozgadani, deklarując nawet swoją miłość do publiki. Ciężko powiedzieć, czy odzywało się w tym momencie prawdziwe uczucie, czy raczej sake. Na szczęście, o ile zwykle kwaszą takie intermisje atmosferę występu, w tym przypadku nie wpłynęła ona na performance muzyków. Wciąż uderzająco zwięzły, przemyślny technicznie, ale i wierny prostocie kompozycji, pozbawiony efekciarstwa. Niestety, drugi akt również trwa raptem pół godziny. Zespół wraca jeszcze na króki bis, niespecjalnie chyba planowany i poważny... ale z pewnością mogący zawstydzić ich rodaków z S.O.B.
            Chwila zakłopotania wywołanego japońskim poczuciem humoru nie zmienia faktu, że, podobnie jak Murakamiemu, muzykom z Mouse on the Keys do twarzy z wpiętymi w marynarki przypinkami z podobizną Wuja Sama. Czego nie próbują kamuflować – Pan Kawasaki nawet odlicza numery w języku angielskim. A solidny jazz brzmi dobrze pod każdą flagą.

piątek, 25 lutego 2011

Łąki Łan 24.02.2011, Poznań, Blue Note.

            Od dawna dziwiła mnie imponująca popularność Łąki Łan. Nie dlatego, bo uważam fenomen kapeli za nadto rozdmuchany. Przy niezaprzeczalnej dziarskości tej muzyki, miejscami odbieram ją jako wyjątkowo ciężkostrawną, wydawałoby się więc, że trwoniącą tym samym komercyjny potencjał. Cóż z tego, skoro udaje im się załapać na kontrakt z majorsem, a ludzie tłumnie przybywają na koncerty. I nie zniechęca ich nawet niefortunny termin, kolidujący z poważnym (nie dla wszystkich, jak się z czasem okazało) meczem.
Przyznam, że miałem mocno mieszane  uczucia po lekturze płytki ŁąkiŁanda. Brzmi ona jakby Frank Zappa, George Clinton i Prince spotkali się przy wódce z Polmosu. Energiczna, zrobiona z wyobraźnią, momentami jednak tak frywolnie eksperymentująca z tandetą, że ciężko jest dociec, czy jest to poważne granie, czy jedynie pastisz. Nie grzeszą też panowie z Łąki Łan oryginalnością. Flirtując z kiczem nie wynajdują krojonego chleba, a absurdalnymi tekstami i imydżem jedynie wpisują się w specyfikę rodzimej sceny okołalternatywnej (a więc wszystko od D4D i Pogodna, przez Marię Awarię i jej podobne, aż po Super Girl & Romantic Boys). Faktem jest, że nie dane mi było dotąd zobaczyć zespołu na żywo, a tu i ówdzie natrafiałem na opinie, jakoby właśnie na scenie (i tylko tamże) panowie uwalniali prawdziwą esencję swoich muzycznych wynaturzeń. Postawiłem więc wszystko na jedną kartę i zawitałem do Blue Note z nadzieją, że koncert rozpocznie się punktualnie o 19.30 i skończy się przed 21, dzięki czemu załapię się na początek transmisji z Bragi. Czas pokazał, że z początku przeklinane opóźnienie ostatecznie okazało się błogosławieństwem.
             Żadnych supportów, żadnych hucznych zapowiedzi, zaczynają krótką instrumentalną uwerturą. Od razu nasuwającą skojarzenia z latami 80-tymi - brzmi ona jakby przyśpieszone Astradyne Ultravox. Po chwili na scenie pojawia się wodzirej, Paprodziadem zwany, a wygląda on jak skrzyżowanie George'a Clintona i najgorzej ubranego dzieciaka na balu przebierańców w podstawówce. Zresztą, czego to nie ma scenie – służąca za bidon różowa konewka, pluszowe węże, plastikowe skrzydełka (opychane jako merchandise zespołu!). Panowie z miejsca imponują mi swoim poświęceniem dla sztuki, bo czymże innym jest paradowanie w ciemnym klubie w okularach słonecznych?
Wszystko to może wydawać się mocno pretensjonalne, ale, rany boskie, kto by na to zwracał uwagę, gdy ci szarlatani odpalają petardę w postaci "Propagandy" i pokazują, że naprawdę wiedzą, o co w funku chodzi? Zarzuty braku odkrywczości można odłożyć na bok, nie od dziś bowiem wiadomo, że nie jest ważne co grasz, ważne jest jak to robisz. A Panowie z Łąki Łan fach swój znają i bez wątpienia mają go w swoich łapach. Cóż z tego, że naciągają na nie przy tym badziewne pacynki?
            I taki jest cały koncert. Konkretne, oparte na masywnych, bujających beat’ach wałki przeplatają się z pasażami rodem z tandetnego euro-disco i cytatami z House of Pain. Kompletnie zacierają się granice pomiędzy farsą a poważnie wyrafinowaną muzyką - tyle samo w dokonaniach Łąki Łan Franka Kimono, co zelektryzowanego jazzu w stylu jazd Herbiego Hancocka z lat 80. Kiedy przy co bardziej krępujących momentach głowię się, czy nie jest to po prostu napinka, tłum bawi się bez chwili wytchnienia. Pozostaje mi zaufać vox populi. Problemem najwyraźniej jest mój przaśny gust muzyczny.
Wszystko na scenie świeci i błyszczy jaskrawymi kolorami. Choć momentami ciężko jest nie zgrzytnąć zębami, wszechobecny entuzjazm udziela się i mi, do tego stopnia, że przestaję zamartwiać się faktem, że w międzyczasie rozpoczyna się niecierpliwie oczekiwane spotkanie (choć nie wiem wtedy jeszcze, że jest to żałosny pokaz bezradności, psiakrew!). Po godzinie grania panowie odbywają rutynowy rytuał opuszczenia sceny i szybkiego powrotu na bis, a nawet dwa, przy czym trwają one łącznie… blisko 40 minut. Panowie serwują już naprawdę ciężką artylerię. Długie, oparte na jednostajnym rytmie numery zamieniają Blue Note w dyskotekę.
Muzyka Łąki Łan jest, jednym słowem, niepoważna. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Wolę, by pojęcie błazenady kojarzyło mi się z ich sowizdrzalskimi wybrykami, niż osłabianiem walczącej o olbrzymią stawkę drużyny kretyńskim wślizgiem w środku boiska.