Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod Minogą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod Minogą. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 maja 2011

Woody Alien, Turnip Farm 22.05.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Uwalniam te słowa spod palców stanowczo za późno. Zakładałem tego bloga z myślą o zredukowaniu do minimum niszczycielskiej dla mnie przypadłości posiadania "wolnego czasu". Nie dolega mi ostatnio to utrapienie, co oczywiście wiąże się z zamierającą aktywnością Kultury Kanalii. Wysysający ze mnie resztki żywotności i kreatywności natłok zobowiązań nie jest jednak w stanie zagłuszyć krzyczącej we mnie euforii i nieprzepartego podziwu dla zjawiska, jakim jest Woody Alien.
            Przedstawianie zespołów o kilkunastoletnim stażu można by odebrać jako czynność mocno nietaktowną. Mając jednak w pamięci umiarkowanie zachwycającą frekwencję w Minodze obawiam się, że podjąć muszę się w tym miejscy gorzkiej działalności misyjnej, dokonania choćby powierzchownego objaśnienia rzeczonego fenomenu. Woody Alien to dwie osoby, osamotniona sekcja rytmiczna, robiąca dużo hałasu, nad którym unosi się powściągliwy, odrobinę gnuśny śpiew Pana Marcina Piekoszowskiego (również Plum). Tylko tyle i aż tyle, przy użyciu minimalnych środków robią panowie harmider niemały.
            Noszę koszule w kratkę, bo, skromnie mówiąc, do twarzy mi w nich. Niezdolny do zauważenia tej prawidłowości kumpel zwykł nabijać się ze mnie, twierdząc, że wyglądam jakbym urwał się z koncertu Dinosaur Jr. Prawda jest taka, że nigdy nie byłem fanem wspomnianego zespołu. Co nie zmienia faktu, że zespół Turnip Farm, który zarówno nazwę i dźwiękowe ukierunkowanie zdaje się czerpać z mitologii owej kapeli, wrażenie robi całkiem pozytywne. Gra proste, gitarowe piosenki, jak gdyby wygrzebane z kapsuły czasu zakopanej w 1992 roku. Przeżarte sentymentalizmem, ale całkiem przyjemne i wykonane z właściwym żywiołem.
            Instalowanie się na scenie nie zajmuje Woody’emu dużo czasu, i bardzo dobrze, w przypadku tej muzyki przedkoncertowe rytuały powinny ograniczyć się do podkręcenia gałek do poziomu "jedenastki". Mimo mocnego natężenia zespół brzmi niesamowicie soczyście, co w Minodze jest rzadkością. Konwencjonalnie stosowana sekcja rytmiczna w założeniu tworzyć ma silnik, siłę napędową muzyki. W tym przypadku dudniący bas i gromowładna perkusja stanowią całą gablotę - wypasionego, błyszczącego Hummera, który rozjeżdża wszystko na drodze. Z owym wozem łączy zespół jeszcze jeden gorzki fakt - dziś już takich nie robią.
            Owszem, jest to muzyka w pierwszej kolejności uderzająca monstrualną siłą, jednakże pod powłoką hałaśliwości wciąż skrywająca wiele smaczków. Z jednej strony mamy instrumentalną maestrię. Druga część dubla, perkusista Daniel Szwed poza Woodym zmaga się z matematyką w zespole Mothra. Tutaj jego gra jest bardziej siłowa, ale wciąż niesamowicie witalna. Mając w pamięci nie tak dawny występ Plum, utwierdzam się w przekonaniu, że żaden bas nie brzmi w tym kraju tak krzepko, tak mięsiście, jak Fender Pana Piekoszowskiego. Na szczęście, zespół odpuszcza sobie, jak to się nieładnie mówi, muzyczną ipsację. Panowie pozostają konkretni w swoim przekazie, wszystko sprawia wrażenie zabawy bogatym warsztatem, miast kuglarskiego szpanu.
Czytając dzisiejszą prasę muzyczną odnoszę wrażenie, że w wyobrażeniu wielu publicystów muzyka wymyślono w 1999 roku.  By nie szukać daleko, publikacje, które porównują ostatnie Plum do Queens of the Stone Age zachęcają mnie do chwycenia za zapalniczkę i zwęglenia tych kacerstw. Autorzy zapominają, że muzykę o brudnym, garażowym brzmieniu grano wiele wcześniej. Zespoły takie jak NoMeansNo, Big Black czy Hüsker Dü brzmiały jak popsuty mikser do owoców, wciąż jednak grały utwory zaraźliwie przebojowe. Będąc szczerym, podobne dźwięki odkrywam w muzyce Woody Alien dopiero w Minodze. Niech mnie diabli, jeśli wesołe przyśpiewki w "Oak" (utworze bezlitośnie łojącym na żywo) nie przywodzą na myśl "Big Dick" Kanadyjczyków z NoMeansNo. Wrażenie to potęguje odrobina Wrightowskiej maniery rozbrzmiewająca w wokalu. "New Day Rise" samym tytułem budzi skojarzenia z Hüsker Dü, również ukrywające popową wręcz przebojowość pod warstwą niechlujnego przesteru. Dzięki podobnemu wyczuciu twory WA pozostają zbiorem świetnych piosenek, a nie efemerycznym eksperymentem.
            Woody Alien to zespół nietuzinkowy, boleśnie precyzyjny, grający muzykę wyjątkowo ciężką, technicznie wyrafinowaną, przede wszystkim jednak cholernie głośnią. Także dzięki doprowadzaniu tych czynników do skraju przyswajalności, niesamowicie intrygującą. Zestawiając to z aktualnymi trendami muzycznymi można zadać sobie pytanie, z czym do ludzi? Nie jestem w stanie wróżyć zespołowi większych sukcesów, nie sądzę jednakże, by ambicje duetu wyrastały poza chlubny telos roznoszenia w pył każdego miejsca, w jakim się pojawiają. Mogę tylko potwierdzić, że wychodzi im to nad wyraz zręcznie.


środa, 11 maja 2011

Toro y Moi, Basketball 08.05.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Może i zakrawa to na przejaw ignorancji, ale po dziś dzień nie mam zielonego pojęcia, co oznacza termin chillwave. Ani też kiedy i skąd to diabelstwo przybyło, tym bardziej nie przychodzi mi do głowy, jakie kolejne fale zalewać będą rynek muzyczny. Zjawisko to długo umykało mojej uwadze, pierwszy raz zetknąłem się z nim próbując wytłumaczyć sobie powód olbrzymiego hajpu wokół planowanej wizyty Toro y Moi w Poznaniu. Miast myszkować pośród encyklopedii, postanowiłem zajść do samego źródła i zapoznać się z płytą Underneath the Pine. Dość powiedzieć, że po upływie dwóch utworów, w samo południe, byłem w drodze do Minogi po bilet, w tym całym przejęciu zapomniawszy, że klub otwierany jest o godzinie 14.
            Podciąga się tą niesamowitą muzykę pod tysiące definicji, kompletnie dla mnie niezrozumiałych. Spotkałem się gdzieś ze stwierdzeniem, jakoby twórczość Chazwika Bundicka brzmiała niczym Michael Jackson na kwasie. Chętnie to spostrzeżenie skoryguję - Toro y Moi brzmi jak Michael Jackson na propofolu. To muzyka świeża, tworzona jakby na przekór dzisiejszym tworom aspirującym do miana popu, zarówno tym skrajnie komercyjnym, jak i kleconym przez paradnych szalbierzy w podziemiu. Miażdżąca przeżarte skostniałością trendy, na ich zgliszczach wznosząca coś świeżego, unikalnego, śmiem powiedzieć, że wręcz uduchowionego. Toro y Moi zamienia muzykę prostą i przebojową w artyzm. Staranie desperacko podejmowane przez licznych, skutecznie realizowane przez niewielu.
            Doniesienia, jakoby wyprzedała się pula 350 wejściówek brzmiały horrendalnie, paradoksalnie, tylko wzmogły moją przedkoncertową ekscytację. Wciśnięcie takiego tłumu w kameralnym klubie mogło skończyć się kaźnią. Jakby tego było mało, nie był to jedyny koncert odbywający się tego dnia w tymże przybytku. Gdy zjawiam się w klubie, na parterze jakiś zapalony coverband łoi "Blackened" Metalliki, dźwięki kolejnego gitarowego tworu dochodzą z klubowej piwnicy. Choć wszystko odbywało się na krawędzi organizacyjnego bajzlu, o dziwo, skończyło się bez większych perturbacji. Wbrew obawom, miejsca w klubie starczało dla wszystkich, i choć chwilami czułem się niczym wciśnięty w windę z Ryszardem Kaliszem, obyło się bez większego uczucia dyskomfortu.
            Występujący w roli supportu Kanadyjczycy z Basketball (tak, rzeczywiście jest to nazwa zespołu) podnoszą niejedną brew pośród publiki. Niejednokrotnie w trakcie występu głowię się, efekty jakich specyfików mogłoby stać za osobliwą kreatywnością i zachowaniem tego przesympatycznego kwartetu? Cokolwiek by to nie było, obawiam się, że ewentualna kontrola celna może gwałtownie zakończyć ich koncertowe wojaże. Czego chłopakom nie życzę, okazują się bowiem miłym zaskoczeniem. Ich występ to serie długich, transowych dubów, napędzanych topornym beatem, nabijanym przez dwójkę mocno "nieobecnych" muzyków, spacerujących między perkusją i zestawem bębnów. Ponad wszystkim wije się i zawodzi kapelmistrz z wiankiem na głowie, przygrywający na miniaturowej piszczałce i talerzykach. Momentami utwory niebezpiecznie zmierzająca ku sferom hermetycznej psychodelii, nieprzerwanie jednak ujmują orientalną ornamentyką i odurzającą aurą. Panowie są tak posunięci w swojej euforii (jak mniemam, spowodowanej entuzjastyczną reakcją publiki), że opuszczając scenę wypuszczają z rąk instrumenty.
            Odkrywszy Toro y Moi ledwie kilka tygodni temu, nie miałem najmniejszego pojęcia, w jakiej postaci serwować będzie swoją muzykę maestro Chazwik. Spodziewając się raczej solowego, okrojonego w formie występu, na widok rozstawiającego się na scenie triumwiratu młodzieńców w wykrochmalonych koszulach z podekscytowania zacząłem szczękać zębami. Aranżacje i brzmienie instrumentów na Underneath the Pine to masaż tajski dla uszu. Wszelkie próby trawestacji mocno spłyciłyby wigor i głębię tych utworów.
            Gdy posępne intro eksploduje rwącym "New Beat", niestety, mina momentalnie mi rzednieje. O ile gabaryty klubu pomieściły jakoś liczną publikę, jego akustyka nie okazała się zbyt łaskawa dla zaskakująco donośnego tego dnia występu Toro y Moi. Na szczęście, począwszy od finezyjnego "You Hid", brzmienie staje się stosunkowo znośne, co ratuje występ przed klęską i nareszcie pozwala mi delektować się kunsztem Amerykanina.
            Jak wypada na żywo sztuka Chazwika i spółki? O losie słodki, jest lepiej, niż dobrze. Dzięki organicznemu brzmieniu instrumentów, rumieńców nabiera surowsza elektronika z debiutanckiego Causers of This. Utwory z płyty tegorocznej to istna rewelacja. Funkujący "Still Sound" to cudo. Melodyka "How I Know" to coś nie z tej ziemi, a zagrany w końcówce "Elise" naszprycowany jest uczuciem rzadko spotykanym w wyprutej z emocji muzyce aspirującej do miana popu (do kata z chillwave i innymi dyrdymałami, Toro y Moi to nic więcej, jak doskonały pop).
            Płyty Amerykanina sprawiają wrażenie dźwiękowych megaprodukcji. To muzyka ekspresywna, wielowarstwowa, na szczęście, zręcznie unikająca przy tym popadania w dźwiękowy przepych. Nie mogę wyjść z podziwu widząc, jak skromnych środków używa do jej tworzenia. Zręcznie dokooptowani muzycy w gruncie rzeczy tworzą proste, zgrabnie pulsujące podłoże. Sercem i duszą wszystkiego jest Chazwik. Pochylony nad klawiszami, sprawia wrażenie wyjątkowo zaabsorbowanego, małomównego, ponownie użyję tego nieco pretensjonalnego słowa, uduchowionego. Nie trzeba włamywać się do płytoteki zainteresowanego by domyślić się, że nie brakuje tam wydawnictw przyozdobionych etykietą Motown. Echa klasycznego, pełnokrwistego funku rozbrzmiewają w tej muzyce najdonośniej, w szczególności przywodząc na myśli Steviego Wondera z okresu Innervisions. Wcale się nie zagalopowuję w porównaniach, rzeczywiście jest TAK dobrze.
            Przymknąwszy oko na drażniące niedociągnięcia techniczne, Toro y Moi bujają publiką należycie, niestety, po ledwo trzech kwadransach znikają ze sceny. Encore w postaci "Low Shoulders" pozostaje drobnym pocieszeniem, pozostawiającym lekki niedosyt, pozbawionym na szczęście uczucia niesmaku. Zetknięcie z muzyką Chaza było dla mnie epifanią, potrzebowałem chyba namacalnego dowodu na to, że nie zostałem omamiony cwanym szarlataństwem. Z czystym sercem potwierdzam, mamy tu do czynienia z dziełem wizjonera. Odświeżającym, natchnionym, całkowicie wolnym od jadowitych wpływów dzisiejszego mainstreamu.

czwartek, 5 maja 2011

Jucifer, The Orange Man Theory, Noizone 03.05.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Ciężko o równie niefortunną datę koncertu. Równie dobrze mogłoby przyjść grać Amerykanom z Jucifer w wieczór wigilijny. Patriotyczna zaduma, mecz, wyczerpanie i puste kieszenie po majówce – każda wymówka byłaby zrozumiałym usprawiedliwieniem, mimo to dwa tuziny głów na zespole o renomie koncertowego fenomenu i imponującym stażu to absolutny blamaż. Przy natłoku niedogodności ciężko szukać winnych. Żal może być jedynie tych, którym umknęło przed nosem to porywające zjawisko.
            Krępujące pustki wprawdzie nie zniechęcają przyjemnie groovującego Noizone. Pociesznych, choć niespecjalnie odkrywczych i fatalnie nagłośnionych Włochów z The Orange Man Theory skłaniają do przeniesienia się ze sceny na opustoszały parkiet. Dla gwiazdy wieczoru, jak się z czasem okazuje, klub równie dobrze mógłby być zupełnie pusty.
            Stwierdzenie, że jestem wielkim fanem LP L’ Autrichienne byłoby mocnym niedomówieniem. Uważam ją za jedno z najciekawszych wydawnictw ostatnich lat. Płyta to chimeryczna, ale niesamowicie świadoma w każdej ze swoich gatunkowych eskapad, hipnotyzująca, ale i przytłaczająca miażdżącym brzmieniem. Dzięki delikatności i zmysłowości Gazelle Amber Valentine, czarująca melodyką niespotykaną w gatunku. Gdybym miał się wysilić i zwięźle scharakteryzować tą muzykę, nazwałbym ją popem utaplanym w smole i siarce.
            W Minodze zabrakło choćby nuty przywodzącej na myśl ten niesamowity album. Uruchomienie wzmacniacza przez lepszą połówkę duetu rozpoczęło godzinny, nieprzerwany choćby chwilą wyciszenia festiwal sprzężeń i jazgotu. Zupełnie zacierając granice między utworami, wszystko zlewa się w jeden huk, sprawiający, że klub drży w posadach. Choć zespół pozbawiony jest absurdalnie gigantycznej ściany głośników, którą podobno zwykł wciskać w kluby jeszcze mniejsze od Minogi, natężenie dźwięku niebezpiecznie balansuje na granicy bólu. Obdarzona anielskim głosem Valentine ogranicza się do growlingu i krzyku, jej konkubent Edgar Livengood niemiłosiernie nabija powolny rytm, okładając bębny pięściami. Kiedy indziej kilkoma pałkami na raz, które łamane w ferworze tej kanonady fruwają w powietrzu niczym trociny w tartaku. Powolny, ociężały doom przerywają jedynie sporadyczne chwile grindowego blastu.
            Pozornie ten performance mógłby sprawiać wrażenie zagrania na nosie, czy też złośliwego maltretowania publiczności. Duet rezygnuje z jakiejkolwiek interakcji z publiką, wyłączywszy końcowe pokazywanie rogów w wykonaniu Valentine. Oddziela się od niej niewidzialnym murem, zamieniając występ w coś intymnego, jak gdyby dialog wyjątkowo kapryśnej pary. Tylko chwilami subtelny i czułostkowy, głównie pełen furii i zgiełku. Przez większość koncertu brzmiało to jak rozmowy moich sąsiadów dochodzące zza ściany mojej dawnej stancji na Łazarzu, którym wtórowały dźwięki tłuczonego szkła. Podejrzewam, że przy ciągłym graniu pośród tak intensywnego hałasu, wkrótce pozostanie to jedyną formą komunikacji w związku.
            Od lat przemierzając świat vanem, Jucifer zdają się być skorzy zagrać w każdym miejscu, które posiada elektryczność. Podejrzewam, że zostawiając uchylone drzwi od mieszkania, nim się obejrzysz zastaniesz Gazelle i Edgara instalujących swoje kolosalne wzmacniacze w twojej sypialni. Granie muzyki zdaje się być dla tej pary rytuałem, dzienną rutyną, bez której nie mogą żyć. Publika jest raczej grupką panoszących się gapiów, podziwiających tą przedziwną, ale fascynującą konfrontację, po której jednak muzycy czule wtulają się w siebie. Można przeklinać wniebogłosy trwonienie sporego potencjału (nawet komercyjnego!), mimo którego zespół uparcie tkwi na obrzeżach muzycznego przemysłu. Nie zmienia to faktu, że ten nietuzinkowy i nieprzewidywalny duet wciąż fascynuje, a jego kabalistyczne występy to istna magia.


wtorek, 19 kwietnia 2011

Caspian, Talons 18.04.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Na zamieszczonej pośród zespołowego mechandise karteczce muzycy Caspian uprzejmie proszą uczestników koncertu o częstowanie ich zasobami "Weed & Hash". Boję się, że pośród zaskakująco skromnej liczebnie publiki mogło być ciężko o filantropa skorego do pomocy w kojeniu napięć odległych wojaży koncertowych. Biorąc pod uwagę częstotliwość występów grup post-rockowych w Poznaniu (czym innym wszak napędzaną, jak rosnącą tu popularnością nurtu), brak zainteresowania wizytą Caspian mocno mnie dziwi. Tym bardziej, że w swoim rzemiośle Amerykanie to światowa czołówka. Co bez zbędnych słów (wyłączywszy minimalną konferansjerkę i parę cytatów z jankeskiej alko-poezji) udowadniają na scenie.
            Występujący w roli supportu Angole z Talons wydają się być mocno podekscytowani możliwością dzielenia sceny z Caspian. Do tego stopnia, że jeden z dwóch skrzypków zespołu próbuje się wkupić w łaski pochodzących z Massachustets gwiazd wieczoru kurtką Boston Celtics. Po ich trzykwadransowym występie nie widzę powodu, dla którego musieliby się przed kimkolwiek płaszczyć –  mizerni na pierwszy rzut oka młodzianie na scenie zamieniają się w rozszalały żywioł. Rzucają się niczym w atakach konwulsji, wspomniany młodzieniec od kurtki kroczy na scenie jak kogut zbierający ziarno. Każdy utwór to istna petarda – karkołomne partie perkusji (patrz Brann Dailor, zmieniani co kilka miesięcy bębniarze The Dillinger Escape Plan), ciężkie, rozbudowane kompozycje i wspomniany duet skrzypków, brzmiący jak całą orkiestra mannheimska. Co najważniejsze, mimo matematycznych niemalże zabaw z tempem i strukturami utworów, Talons pozostają wyjątkowo koherentni, dzięki czemu jest to coś więcej, niż oślepiający pokaz fajerwerków. Nie mogę wyjść z podziwu dla naprawdę zręcznego zastosowania smyczków. Miast być kolejną desperacką próbą wychylenia się ponad post-rockowy kanon, rzeczywiście nadają tej muzyce unikalnego uroku. Szkoda, że akustyka Minogi nie jest do końca łaskawa dla zespołu – pośród nawałnicy dźwięków gubią się trochę gitary. Mimo to jestem zachwycony i prognozuję nieunikniony hajp wokół kapeli.
            Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego za intro do utworu zatytułowanego "The Raven" robi wiersz Drozd Charlesa Bukowskiego. Przy umiarkowanym z mojej strony zamiłowaniu do poety-ochlejmordy przyznam, że wypada on sugestywnie jako wprowadzenie do tego monumentalnego kawałka. Mam wrażenie, że olbrzym Phil Jamieson rozniesie deski sceny Minogi rzucając się po skromnej scenie klubu. Niestety, tak, jak zdaje się ona być stanowczo za mała dla spazmatycznie wyginających się muzyków, tak i skromne warunki brzmieniowe niespecjalnie służą domagającym się selektywnego nagłośnienia gitarom. Zlany dźwięk zamienia się w falę uderzeniową, i choć utwory uderzają z poprawną siłą, zanikają liczne smaczki czyniące produkcje amerykanów tak frapującymi. Na szczęście, dźwięk staje się klarowniejszy przy sennym "Concrescence". Podczas następującego po nim "Moksha" niemalże cały rząd pod sceną bierze na amory. Co nie dziwi mnie specjalnie, jeden z subtelniejszych utworów w dorobku zespołu wypada fenomenalnie.
            Klimaksem koncertu jest rozbudowane "Sycamore". Zwolnione w porównaniu z oryginałem, wypada jak hipnotyzująca mantra. W pewnym momencie trio gitarzystów jeden za drugim zdejmuje instrumenty, by wnieść na scenę kotły i dołączyć do rozpędzającej się w finale sekcji rytmicznej. Gdy plemienne rytmy milkną, panowie grzecznie dziękują i pryskają ze sceny. Najwyraźniej zachęceni entuzjazmem publiki, mimo deklaracji, iż nie zwykli grywać bisów, fundują jeszcze jeden utwór. Co może i burzy dramaturgię występu, ale koniec końców jest sympatycznym gestem.
            Nawet mimo odrobinę rozczarowującej frekwencji i chwilami szwankującego dźwięku, jestem więcej niż zadowolony. Dzięki miłemu zaskoczeniu w postaci energicznego występu Talons, mogę chlubić się upieczeniem dwóch pieczeni na jednym ogniu. Takie koncerty powinny ewangelizować reakcjonistów, którzy nie potrafią przekonać się do pozbawionej słów muzyki.


wtorek, 12 kwietnia 2011

The Shaking Sensations, Ghost of the Mystic Garden 11.04.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Termin post-rock powinien być dla co ambitniejszych zespołów niczym szkarłatna litera. Choć jego agenda zdaje się opierać na stopniowym burzeniu komunałów pierwotnej muzyki rockowej, i w ten nurt podstępnie wkrada się rutyna i schematyczność. W świetle gatunku, pod który podpina się niewiele mające ze sobą wspólnego zespoły, coraz ciężej jest wyjść przed szereg z czymś innowacyjnym i dystynktywnym. Nic dziwnego, że zdesperowani artyści zmuszeni są sięgać po desperackie, w efekcie często nieporadne metody.
            Takie właśnie zapędy zdaje się mieć pierwszy tego wieczoru Ghost of the Mystic Garden. "Poszukujące tożsamości i stylu", eufemistycznie mówi się o takich zespołach. Ciężko się tych młodych ludzi na chwilę obecną słucha, biada jednak tym, którzy śmieliby chłostać zespół za chęć pokazania się. Charakteru nabierasz usilnie pchając się usilnie na każdy wolny skrawek sceny, nie zaś tkwiąc w obskurnych piwnicach i domach kultury. To szkoła życia, jak lektura Spinozy, czy też dzielenie stancji z kobietami.
            Na etapie rozpaczliwego poszukiwania osobowości zdają się być też panowie z The Shaking Sensations. Do końca nie wierzyłem, że instalowane w tym samym czasie na scenie dwa zestawy perkusyjne miałyby służyć jednej kapeli. W klubie, w którym ciężko jest o prawidłowe nagłośnienie jednej perkusji zdawałby się to być pomysł podobny popijaniu ogórków kiszonych maślanką. Nie jest to jedyne świadectwo fantazji Duńczyków z The Shaking Sensations. Nazwa z semantycznego punktu widzenia dwuznaczna, na pierwszy rzut oka kojarząca się raczej z etatowymi grajkami w kasynie. Tytuł debiutanckiej EP (This is Your Hellfire Religion!) - jeszcze durniejszy. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, okazało się, że wydawnictwo to zawiera muzykę może i niespecjalnie innowacyjną, ale i nie pozbawioną uroku.         
            Powab ten zatracił się gdzieś pod sklepieniem Minogi. Wiąże się to z pewnością z faktem, że zespół w większości postawił na świeży, niepublikowany materiał, wypadający odrobinę blado na tle sympatycznej EP. Rozciągnięte do granic możliwości jednostajne pasaże osamotnionych gitar zdają się mieć na celu emanowanie transowym klimatem, tymczasem po pewnym czasie stają się nieznośnie nużące. Duet perkusistów na długie minuty pozostaje kompletnie bezrobotny, co trochę wypacza racjonalność tego zabiegu.
            Wydłużające się w nieskończoność łgania gitar o mały włos nie kierują mnie w stronę baru w celu wypłukania z organizmu magnezu filiżanką kawy. Na szczęście, zespołowi miejscami udaje się uratować twarz gwałtowniejszymi segmentami utworów. Po przyciśnięciu przesterów Duńczykom udaje się przygrzmocić z niemalże isisową mocą. Ktokolwiek majstruje wtedy za konsoletą, jest geniuszem – wspomniane dwie perkusje brzmią selektywnie i wraz z gitarowym hukiem zlewają się w toporną, ale wprawnie uderzającą falę dźwiękową. Szkoda, że kolejne ambientowe pasaże znów pozbawione są polotu, nawet odgrywane przez muzyków na kolanach czy też w innych poskręcanych pozach. The Shaking Sensations są jak Jean Claude Van Damme – efektowni w scenach eksplozji i mordobicia, nieporadni gdy trzeba okazać emocje.
            To muzyka środka – siermiężna w formie, wyraźnie kokietująca twardogłowych zwolenników nurtu, ale pozbawiona ognia i temperamentu, którym uwieść mogłaby kogokolwiek innego. Przy wszystkich wyżej wymienionych próbach nadania zespołowi unikalnej otoczki, muzyka wypada przygnębiająco pospolicie. Przez co jest stanowczo zbyt wcześnie, bym mógł z czystym sercem polecić The Shaking Sensations nawet fanom post-rocka. Zbyt wcześnie też, by mający przebłyski potencjału zespół całkowicie przekreślać. A że tożsamość zdobywa się na scenie, jak najbardziej warto się pchać na każdą możliwą, nawet, jeśli co wieczór ląduje się przed marną, 40-osobową publiką. Per aspera ad astra.

piątek, 25 marca 2011

Paula i Karol 24.03.2011, Poznań, Pod Minogą.


            Doskonale znam swoją gderliwość i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że może być ona główną przyczyną faktu, że na wybitnej większości relacjonowanych tu koncertów ląduję sam. Całe szczęście, że niedoszli towarzysze eskapad to z reguły znakomici dyplomaci, dzięki których wymyślnym usprawiedliwieniom trwać mogę w błogiej ignorancji. W zdumienie wprawił mnie jednak kumpel, który brak chęci zobaczenia w Minodze przynajmniej-z-nazwy-duetu Paula i Karol podparł argumentem, jakoby "nie był jeszcze gotowy na słuchanie folku". Na przekór obawom sceptycznego kamrata, muzyka ich przypadła mi do gustu jako rzecz prosta i bezpretensjonalna – idealna odskocznia po wyrafinowanych poszukiwaniach Jaga Jazzist. Decyzję podjąłem doskonałą, właśnie na scenie muzykom udaje się odtworzyć pełnię wigoru drzemiącą w ich dziarskim materiale.
Z miejsca odniosłem wrażenie, że muzycy faktycznie stanowią doskonałe antidotum, z tym, że raczej na szablonową mrukliwość krajowej sceny (odzwierciedlającą, rzecz jasna, ogólnonarodową przypadłość) - krocie zespołów pozujących do zdjęć pośród torów kolejowych z rzewnymi minami i spuszczonymi głowami. Zamiast grymasów, kołnierzy i krawatów - rozskakana banda chłopa w wełnianych czapkach i promieniująca, bez przerwy chichocząca wokalistka. Pani Paula z jakiegoś powodu wybucha śmiechem nawet w trakcie śpiewania, nie przerywając uderzania w cymbałki i grzechotania shakerem, co robi na mnie wrażenie szczególne – uśmiechanie się kosztuje mnie tyle wysiłku, że nie potrafię jednocześnie wykonywać jakiejkolwiek innej czynności (ani manualnej, ani mentalnej). 
W dokonaniach Pauli i Karola słyszę bardzo dużo Ameryki Północnej. Chwilami brzmi ona niczym jankeski folk rodem prosto z Appalachów, resztki wątpliwości co do inspiracji powinien rozwiać tytuł utworu "This is Country!". Komuś mogliby skojarzyć się z duetami Johnny'ego Casha i June Carter, choć, jak daję słowo, sam Pan Karol śpiewem i werwą przywodzi mi na myśl Cat’a Stevensa. Krótkie, proste utwory o błahych, ale jakże ujmująco lapidarnych refrenach - nucenie "pararara", odliczanie cyferek, czy też jedna, uroczo zawodząca samogłoska. Rozwiązania proste, a jednak niezawodne, z jakiegoś powodu rzadko bądź nieśmiele praktykowane. Na złość konwenansom, Paula i Karol bawią się z muzyką, jak gdyby istnieli na scenie tylko i wyłączenie dla własnej przyjemności – nie ma w ich występie nic wymuszonego, nienaturalnego. Kojący to widok, naoglądałem się już w życiu muzyków w trakcie koncertu nie bardziej entuzjastycznych, niż podczas badań proktologicznych.  
            Nie można spodziewać się zbyt długich setów po artystach raczkujących dopiero na naszej parszywej scenie muzycznej, muzykom zręcznie udaje się jednak rozciągnąć koncert do granic możliwości. I to z jaką klasą! Cover A Tribe Called Quest (że też nie zdecydowali się na "Bonita Applebum"!) raz, że wymaga tupetu, dwa – sporo wyobraźni. Wykonanie ostatniego utworu na środku parkietu pośród siedzącej publiki – naprawdę przesympatyczny gest.
Niewielu widziałem ostatnimi czasy artystów tak bardzo żyjących tym, co robią. W Pauli i Karolu drzemie kolosalny ładunek pozytywnej energii, na żywo rozsiewają aurę spontanicznej zabawy. Jednocześnie oferują muzykę w tym kraju egzotyczną i wyjątkowo daleką od aktualnych trendów, tym samym bardzo odważną. Wbrew wspomnianym uprzedzeniom mojego niedoszłego towarzysza, nie jest to też muzyka, która wymagałaby dorastania. Sądzę, że pośród takich właśnie dźwięków należy wychowywać dziatki, być może kiedyś, w wieku nastoletnim nie będą się zaczytywać w Nietzschem i słuchać The Smiths.

wtorek, 22 marca 2011

Żywiołak 20.03.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Nie nazwałbym tego jeszcze boomem, ale w ostatnich latach wyraźnie rośnie nam zarówno ilość, jak i popularność zespołów, które do zdobiących ich szufladki etykietek dopisują przedrostki pokroju "Etno-", "Folk-" etc. Pytanie, czy częściej są to górnolotne próby nawiązania dialogu z tradycją i, jak to się ładnie mówi, dziedzictwem kulturowym, czy też znużeni utartymi schematami muzyki nowoczesnej artyści w akcie desperacji urządzają sobie wykopaliska archeologiczne?
Zespoły, w przypadku których rdzenne wpływy muzyczne stanowiłą nie tyle dodający charakteru aromat, co jej fundament i główne tworzywo, zwykłem traktować raczej w kategoriach ciekawostek. Że nie wspomnę o przeróżnych hordach próbujących mieszać metal z narodowym folklorem, śmiertelnie poważnych w swoich pieśniach ku Świętowitowi, których przesądni członkowie, jak mniemam, szerokim łukiem mijają pola w okolicach godziny dwunastej. Zgrywy na bok, w przypływie szczerości (czy też w akcie samokrytyki) przyznam, że jako co najwyżej sympatyczne kuriozum klasyfikowałem dotychczas Żywiołaka.
            Ktokolwiek wpadł na pomysł otwarcia piętra Minogi dopiero o planowanej godzinie koncertu, napsuł z pewnością sporo krwi paru osobom, mi zaś zagwarantował sposobność przyjrzenia się profilowi publiki, jaką ci weseli neofolkowcy zdołali ściągnąć. Szeroki przekrój zebranej gawiedzi z miejsca odebrałem jako wyjątkowo dobitne świadectwo sukcesu kapeli. Jak się z czasem przekonałem, jej fenomen nie bez powodu wykracza ponad elitaryzm sceny metalowej, czy też prowincjonalność zespołów pałających się graniem folku w nieco bardziej konserwatywnym wydaniu. To też odróżnia zespół od, dajmy sobie na to, Kapeli ze Wsi Warszawa - uroczego zespół, który widziałem swego czasu w teatrze, a którego występu, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie (niestety) w klubowym środowisku. Żywiołakowi tymczasem nie tylko udało się ściągnąć pokaźny i różnorodny tłum, ale też rozkręcić hulankę, jakiej w Minodze jeszcze nie widziałem.
            Natrafiłem swego czasu na news sugerujący, jakoby zespół miał przymierzać się do zmiany składu. Niedoinformowany sądziłem, że zapowiadane roszady ma już za sobą, na scenie rozpoznaję jednak wokalistki, które kojarzę ze starych materiałów prasowych. Szybko trafiła do mnie, że lwia część siły tej muzyki tkwi w ich doskonale zharmonizowanych głosach, magnetyzującej energii i ekspresji. Z jednej strony niezmiernie się cieszę, że udało mi się załapać na przedostatni podobno ich występ, z drugiej strony, komunikat ten nabrał wyjątkowo gorzkiego smaku. Nawet, jeśli był to łabędzi śpiew owych Pań, wypadły fantastycznie. Następczynie, które będą musiały wejść w ciżmy poprzedniczek czeka ciężkie zadanie.
            Niestety, zanim jestem w stanie w pełni zachwycać się ludowym zawodzeniem wokalistek, musi minąć kilka minut walki zespołu ze szwankującym nieco dźwiękiem. Ekspresyjna gestykulacja blond śpiewaczki z początku wydawał mi się dziwną choreografią, szybko szło się zorientować, że jest to raczej błaganie konsolety o nagłośnienie wokalu. Dwa pierwsze, bardziej stonowane, ambientowe niemalże numery nieco na tym tracą, wraz z następnym zaś zespół przyśpiesza i... wszelkie dźwiękowe niedociągnięcia przygłusza entuzjazm publiki. Niestety, chwilami zagłusza niemalże wszystko, co utwierdza mnie w przekonaniu, że Minoga niespecjalnie nadaje się do co bardziej żywiołowych (no pun intended!) koncertów.
            Pogo, obnażone męskie torsy, crowd surfing, bez wątpienia osobliwy to widok w środowisku tego klubu i jego parkietu o powierzchni salonu mieszkaniowego. Choć rozskakana publika co chwilę okazuje się siłą, w starciu z którą klęskę ponosi słabe nagłośnienie, muzycy jednak, miast krzywić się i ględzić, pokazują, że Żywiołak na scenie to nieokiełznany… żywioł (znowuż nie jest to zamierzona gra słów, raczej obnażenie słabego warsztatu autora tekstu). Przede wszystkim, unosi się nad tym spektaklem atmosfera beztroskiej frajdy i wyczuć można duży dystans w nawiązaniach do mitologii słowiańskiej. Być może kogoś mogłyby skonsternować wznoszone co chwila okrzyki "Slava!", ale i z tego muzycy potrafią się ponabijać.
            Pod sam koniec zespół funduje nieco bardziej konwencjonalny, najmocniej unowocześniony na tle reszty numer "Mój Miły Rolniku". Z miejsca przyznam, że szybko stał się moim ulubionym w repertuarze kapeli, choć nie do końca może przypaść do gustu zwolennikom bardziej swojskich z jego dokonań. Jak się okazuje, jest też ostatnim utworem nagranym w aktualnym jeszcze składzie. Wróciwszy na łono mojej przytulnej stancji, postanawiam nadrobić żałosny poziom wiedzy o zespole. Natrafiam na wzmiankę o planowanych zmianach nie tylko w składzie, ale i w stylu zespołu. Jeśli kawałek ten miałby stanowić ich wyznacznik, może to być kierunek dość ryzykowny. A więc, jak to zwykł uważać niżej podpisany, jedyny słuszny!

czwartek, 17 marca 2011

Sorry Boys 16.03.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Podobno Mick Jagger i Keith Richards trafili kiedyś na wczesny, klubowy występ Jimi’ego Hendrixa, który nazwali później najbardziej rozerotyzowanym show, jaki w życiu widzieli. Nieco innej, niemniej podobnie uderzającej epifanii doznałem zeszłego wieczoru w Minodze. Występ Sorry Boys był najbardziej zmysłowym, jakiego dotychczas uświadczyłem.
            Zaznaczę, z miejsca, że o ile Hendrix bazował na prymitywnej, nieujarzmionej seksualności, tak muzyka zespołu i, co tu dużo mówić, cała sceniczna persona wokalistki Izy uderza w struny nie tyle instynktów, co zmysłów. Transcendentalny, hipnotyzujący, ognisty – same klisze nasuwają mi się na język, czuję się bowiem beznadziejnie bezradny próbując streścić w elementarnych słowach jej śpiew i charyzmę. Głos Pani Izy to coś z innego świata, mniejsza o to, że o monumentalnej mocy i kolosalnej skali - tak bardzo natężony jest emocjami, że przez cały koncert nogi uginają się pod niespodziewającym się czegoś tak intensywnego (przeklinam swoją ignorancję!) autorem. Czasem bardzo ekspresyjny, na granicy krzyku, czasem melancholijnie zawodzący, czasem, nie bójmy się tego określenia, rozczulająco słodki. W powietrzu iskrzy nie tylko od dźwięku – wokalistka na scenie żyje muzyką, obłąkańczo wręcz roztańczona. Swoim zmysłowo zachrypniętym głosem elektryzuje nawet odprawiając nieśmiałą konferansjerkę między utworami.
            Gdy sparaliżowany z wrażenia podziwiam te sceniczne ekscesy, dotychczas dziwnie apologizująca płeć brzydką nazwa nagle nabiera dla mnie nowego znaczenia. Nie jest to występ, na jaki zabrałbym obiekt westchnień – swoją ekspresją i nieokiełznaną energicznością wokalistka nonszalancko wręcz skrada całą uwagę. Sugestywność Pani Izy na scenie sprawia, że sam autor tekstu spuszcza chwilami czoło i wzrokiem lata między butami. A pierwotnie nie mogłem się nadziwić, że ktokolwiek próbuje określić tą muzykę mianem shoegaze!
            Czułbym się strasznie niezręcznie ograniczając relację do głoszenia peanów ku wokalistce, zostawiając bez słowa towarzyszący jej ensemble. Faktem jest, że żaden, nawet TAKI głos nie uratowałby muzyki wątłej i nieciekawej. Zespół tworzy jednak doskonałą przeciwsiłę dla popisów Pani Izy. Świadomą swojej roli, ale nie schowaną w tle, prostą w formie, ale bardzo wyrazistą. Sorry Boys stanowi też doskonały wzorzec dla zespołów, które próbują przeszmuglować elektronikę na łamy muzyki gitarowej. Zabawy w stylistyczny eklektyzm i nadużycia grożą śmiesznością, tutaj zaś, stosowana oszczędnie i ze smakiem – dodaje należytej pikanterii. 
            Płyta, którą w ramach pokuty za dotychczasową niewiedzę skruszony zakupiłem, wypełniona jest po brzegi znakomitymi numerami. Choć krótkimi, trzymającymi się 3-4 minutowej formuły, pękającym w szwach od fenomenalnych pomysłów. Co najważniejsze, tworzącymi spoisty koncept, okraszony nieprzerwanie frapującą atmosferą. Często ze szczyptą orientu (zagrany na koniec koncertu, kompletnie miażdżący "Salty River"), miejscami przepełniona dramatyczną melancholią ("Chance", "Trains Go Everywhere"). Jednakże zdarzają się też numery po prostu bezpretensjonalnie przebojowe, serwowane z prostą, popową subtelnością ("No Saviour"). W każdej formie brzmią przekonująco, choć nie wiem, czy tak mocno oddziaływałby teraz na mnie ten materiał, gdyby nie moje wczorajsze zetknięcie z tą muzyką w Minodze. Niech osoby mające jakiekolwiek wątpliwości po przesłuchaniu płyty potraktują to jako drobną wskazówkę.
            Sorry Boys to istny klejnot na rodzimej scenie, wciąż gigantyczny potencjał (zagrany w pewnym momencie koncertu nowy utwór wgniata w podłogę) i już teraz absolutny koncertowy fenomen. Zjawisko wyrastające wysoko ponad krajowe podwórko. Z takim show można śmiało ruszać na podbijanie świata. Jeśli Mysticowi nie uda się odpowiednio wypromować tego zespołu, z mojej strony mogą spodziewać się koktajli Mołotowa wlatujących przez okna siedziby.


środa, 2 lutego 2011

Bloodgroup 1.02.2011, Poznań, Pod Minogą.

Mimo najlepszych chęci, ciężko trawi mi się wszelkiego rodzaju muzykę taneczną. Tańcować nie potrafię, nie lubię, nie jestem nawet w stanie rozluźnić się na tyle, by spróbować ruszyć swój żałośnie leniwy tyłek, choć muzyka takiego Funkadelic wprost przykłada mi spluwę do skroni i rozkazuje to robić. Pomimo wystawienia pokaźnych gabarytów artylerii, nie udało się to też Islandczykom z Bloodgroup. Co nie zmienia faktu, że ciężko jest nie docenić energii i talentu, których spore pokłady tkwią w tej kapeli.
Koncerty w środku tygodnia nikomu chyba nie są na rękę, zwłaszcza gdy planowany start imprezy ciągle się odwleka. Sam, nieskrępowany żadnymi zobowiązaniami, mogłem wygodnie wiercić się w barowe krzesło i oddać się spoglądaniu na wygaszacz komputera kasy fiskalnej, po którym leniwie dryfuje aktualna godzina. Około 20.40 dostrzegłem mijającą mnie panią o nordyckiej urodzie, obstawioną przez dwóch młodych chłopów, którzy wyglądają na spożywających stanowczo za dużo kawy, zbyt mało zaś orzechów. Czas więc ruszyć na parkiet! Oczywiście, co najwyżej podpierać ścianę.
Nie trzeba wiele czasu bym szybko utwierdził się w przekonaniu, że od strony technicznej będzie to najlepszy koncert na jakim byłem w Minodze. Zwykłem narzekać na akustykę klubu, że jest to tancbuda niespecjalnie sprzyjająca pewnym gatunkom, w szczególności gitarowemu graniu. Szło się domyślić, że uzbrojonym w keytary, hopsającym między syntezatorami muzykom Bloodgroup adaptacja przyjdzie o wiele zręczniej. Faktycznie, dźwięki chłodnej elektroniki idealnie zgrywają z wielogłosowymi wokalizami i tętniącym automatem perkusyjnym, od którego wibruje cała podłoga. Co więcej, Islandczycy przywieźli ze sobą własne oświetlenie, co dało fenomenalny efekt. Zwłaszcza, że nie mogący sobie pozwolić na transport własnego rynsztunku muzycy odwiedzający klub skazani są na dość parszywe miejscowe reflektory, w których niezmiennie niebieskim świetle wyglądają jak smerfy.
Choć z niecierpliwością oczekuję bardziej stonowanych i subtelnych numerów, lwią część koncertowego repertuaru Islandczyków stanowią bardziej energiczne utwory. Co dziwne, publika reaguje z zaskakującą powściągliwością. Prócz zdającej się być w wyjątkowej euforii grupki zapaleńców pod sceną, w głębi sali gibają się nieliczni. Nawet pomimo powikłań napotykanych przy przyswajaniu wszelkiego rodzaju electro, uważam że muzyka ta w wydaniu Bloodgroup faktycznie jest elektryzująca i czuć wkładane w nią serce, stąd też moje początkowe zdziwienie. Doprawdy nie sądzę, by ktokolwiek mrugnął okiem usłyszawszy w pierwszym z brzegu klubie takie "Ain’t Easy", i że mogłoby mu przejść przez myśl, że wciąż jest to raczej niszowa kapela, mimo trąbiących dookoła o niechybnie nadchodzącym sukcesie zespołu krytykach.
Trójka bladych jak świt nad Rejkiawikiem samców i wyglądająca na onieśmieloną, choć śpiewająca pięknie wokalistka na scenie się nie oszczędzają, bez chwili wytchnienia tańcują i pięknymi fryzurami wymachują, praktycznie odpuszczając sobie przy tym konferansjerkę. Po jedynej dłuższej przechodzą do zmysłowego "My Arms" i gdyby podobnych numerów zaserwowali tego wieczoru więcej, może potrafiłbym się w ich muzyce zakochać na dobre. A tak pozostaje mi zachować obiektywizm i cieszyć się, że i publika z czasem zaczyna coraz bardziej się nakręcać. Na bis, po kolejnej chwili nostalgii  w postaci przeuroczego "Dry Land", fundują kolejną salwę mocnych, synthpopowych rytmów i w końcu radośnie bałnsuje już niemalże cały parkiet, poza paroma rodzynkami w postaci sztywniaków mojego pokroju. 
Choć daleko mi od pełnego zachwytu, to bezspornie klasowy zespół na żywo, a że wciąż młody, może być przed nim jeszcze niejedna ewolucja. Nie ukrywam też, że po cichu liczę w tym przypadku na obranie ścieżki kultywowania klimatu, który wytwarzają takim "Moonstone", niż odjazdów pokroju "Moving Like a Tiger".

piątek, 14 stycznia 2011

Très.B, Living on Venus 13.01.2011, Poznań, Pod Minogą.

Mam za sobą wyjątkowo intensywny okres imprezowy. W przeciągu pięciu dni wylądowałem na trzech koncertach. Każdy różny, stylistycznie z innej planety, każdy świetny na swój sposób. Z pewnych powodów zmuszony jestem odpuścić sobie szczegółowe relacjonowanie wtorkowego występu amerykanów z Child Abuse w Cafe Mięsna. Specyficzny zespolik, pośród inspiracji wymienia Pendereckiego, Funkadelic, Suffocation i Theloniousa Monka. Nieźli żartownisie, idzie pomyśleć. Mina mi zrzedła gdy patrząc na rozszalałe trio doszedłem do wniosku, że panowie mogą mieć coś na myśli. Połamane figury rytmiczne, zgiełk minimalistycznego zestawu klawiszowego, grindcore’owy blast, bas mocno przesterowany, ale też zakorzeniony w tradycyjnym jazzie i funku. Słowem, kompletny gwałt na muzyce a przy tym niesamowite widowisko i bezbłędna wirtuozeria. Niestety, z powodu zamieszania wywołanego utknięciem jankesów w korku, występu uświadczyłem raptem 35 minut. Muzyczne nienasycenie zrekompensowało mi pokoncertowe zwiedzanie miasta z zespołem i grupą przesympatycznych rodaków, obrabianie tyłka Johnowi Zornowi, u boku którego cały zespół występował i kupa innych wrażeń, bez przerwy filmowanych przez grubo ponad dwumetrowego, kompletnie usmażonego trawą fotografa zespołu. Nic więcej ze zdarzeń tego wieczoru nie nadaje się do publikacji, z poważnej relacji nici.
            Po ciężkim, dłużącym się dniu ostatkiem sił udało mi się doczołgać do Minogi. O pierwszej formacji, Living on Venus, powiem tyle, że to proste, gitarowe granie, poniekąd inspirowane britpopem. Popłuczyny po tym nurcie zawsze były w tym kraju popularne. Ilekroć podczas samochodowej/autobusowej podróży częstuje mnie taką muzyką radio, zaczynam modlić się o czołowe zderzenie z tirem, które ukróciłoby tą męczarnie. Z Living on Venus nie jest tak źle, wciąż to jednak nie moja działka. Mają za to coś, czym  mogą przysporzyć sobie wrogów, a co wbrew pozorom uważam za świetną rzecz. Jeśli chce się zaistnieć, nawet przed publiką o liczebności wiecu Libertasu trzeba występować jakby było to Roskilde, choćby miałoby zrodzić to zarzuty gwiazdorzenia. Może kiedyś coś z tego wyjdzie. Przede wszystkim też, polecam muzykom głośno nienawidzić malkontentów takich jak ja, ważących się psioczyć na ich sztukę.
            Naprawdę dobry zespół rozpoznać jest bardzo łatwo. Jest to taki, który potrafi na żywo przebić swoje studyjne wyczyny. Walcząc z syndromem dnia następnego, efektem nocnych eskapad z Child Abuse, postanowiłem odrobić lekcje i rzucić uchem na płytkę The Other Hand, łaskawie udostępnioną przez zespół Très.B na oficjalnej stronie. Rany boskie, pomyślałem, dawno nie słyszałem muzyki tak radosnej, pogodnej, nieskażonej zjadliwością. I pomyśleć że natrafiłem na sugestie, jakoby ci młodzi ludzie grali „melancholijny pop”. Dobre sobie. Choć ciężko było odmówić tym pioseneczkom urokliwości, zdawało mi się to wszystko zbyt cukierkowe, przyprawiające o ból zębów.
            Na scenie Minogi zostały już tylko trzy osoby, obnażone z dobrodziejstw studyjnej obróbki. Zagrali z takim tupetem, że zabrzmieli jak power trio z prawdziwego zdarzenia. Bez wygładzonego, maksymalnie dopieszczonego na płycie brzmienia i subtelnie stosowanej elektroniki wypadli wyjątkowo surowo. Cały czas zachowując popową delikatność i bijące z tych dźwięków ciepło. Taki dualizm zawsze przywodzi mi na myśl Sonic Youth. I faktycznie, jest w muzyce Très.B przynajmniej pierwiastek ich dokonań. Rzecz jasna, tych bardziej poukładanych i stonowanych z Dirty, niż Confusion is Sex. Choć na pierwszy rzut oka oba zespoły dzieli kosmos, jednoczy je jeszcze jedna cecha – niemożliwość jednoznacznej klasyfikacji („melancholijny pop” my ass!). A kto nie lubi rzeczy urywających się schematyczności?
Gdzieś w środku koncertu zespół sięgnął po „Znak Równości” Republiki (swoją drogą, wcześniej cover „Psów Pawłowa” zafundowało Living on Venus). Przypomniało mi się, że tekst tego utworu zainspirowany jest znakomitym opowiadaniem Kurta Vonneguta Harrison Bergeron. Najmniejsza aluzja do jego twórczości kupuje mnie automatycznie, tym samym choćby do końca występu serwowaliby tylko przeróbki Celine Dion, mieliby moją pełną aprobatę.
Nieco skonfundowany, dopisuję Très.B do listy swoich guilty pleasures.

czwartek, 16 grudnia 2010

DVA 15.12.2010, Poznań, Pod Minogą.

            Miałem obawy co do tego koncertu. Sama data w środku tygodnia nigdy nie wróży dobrze. Promocja, o ile jakaś była, nie dotarła do mnie – na informacje o koncercie nakierowało mnie rozpaczliwe szukanie sposobu na uchronienie się przed widmem wieczornego zbijania bąków w przybijającej samotności. Wyczytałem też, że poprzedni zaplanowany w Poznaniu koncert czeskiego duetu nie doszedł do skutku z powodu braku zainteresowania. Byłem świadkiem niejednej frekwencyjnej porażki, w tym koncertów, na których suma występujących muzyków przewyższała publikę. Mimo to nigdy nie nabawiłem się znieczulicy, pustki pod sceną wciąż kłują moje empatyczne usposobienie. Szczęśliwie, tym razem obawy okazały się bezpodstawne – tłumów nie było, ale w warunkach klubu tak ciasnego jak Minoga nawet kilka tuzinów ludzi wygląda przyzwoicie.
            Rozsiadłszy się przy barze, zaniepokojony głowiłem się nad jeszcze jednym - jak tą polifoniczną, wielowarstwową  muzykę mają odtworzyć na żywo dwie osoby? Przed koncertem postanowiłem zapoznać się co nieco z działalnością gości z południa i łyknąłem ją bez zapity. Dodam, że podchodziłem do zespołu z dużą rezerwą, natrafiwszy gdzieś na porównania z niespecjalnie przeze mnie adorowanym Animal Collective. Starczało jedno przesłuchanie i wątpliwości odeszły w dal. Rzeczywiście, muzyka DVA sprawdziłaby się zarówno na elektro-potańcówce, jak i w formie przyśpiewek przy sianokosach. Jednak w wykonaniu tego czeskiego małżeństwa ten miszmasz elektroniki i rustykalności wypada wyjątkowo naturalnie. Co rzadko można powiedzieć o wykonawcach szczycących się etykietami pokroju „indie folk” czy innymi przywieszkami, których nawet nie będę próbował rozszyfrowywać. Choć początkowo z trudem doszukiwałem  się jawnych zapożyczeń z czeskiego folkloru, słychać było, że sympatyczna parka nasiąkła świeżym, wiejskim powietrzem. No i że gra i śpiewa z beztroskością kapeli z festynu ludowego.
            W Minodze chłód, na scenie szaliki i wełniane swetry, a show rozpoczyna się od… uruchomienia sekwencera. Z jednej strony moje wątpliwości odnośnie sposobu odtworzenia klimatu płyty zostały rozwiane, z drugiej, zacząłem kręcić nosem. Cóż, moje muzyczne upodobania tkwią w mrokach średniowiecza, podchodzę sceptycznie do nadużywania wszelkich technologicznych cudeniek. A obsługująca elektronikę „gorsza połowa” małżeństwa korzystała z ich dobrodziejstw obficie, zapętlając nawet bieżące partie instrumentów. Zainteresowany pobrzękiwał też na antycznie wyglądającym gitarzysku, paradoksalnie, na czystym kanale, rezygnując z dodatkowych efektów.  Żeńska część duetu tymczasem na zmianę chwytała za saksofon, klarnet, czy też przedziwne dziecięce zabawki. Przy tym odpowiadała za niemalże całą stronę wokalną oraz, w odróżnieniu od przyklejonego do krzesła małżonka, uteatralniała widowisko tańcami.
            Pomimo małego niesmaku wywołanego zuchwałym korzystaniem z poręczność rzeczy martwych, szybko zauważyłem, że nie w loopach i wystukującym rytm „dzięciole” DVA skupia siłę swojej muzyki. Czeska parka wkłada w te dźwięki tyle energii, że elektronika pozostaje tym, czym w założeniu powinna być – tłem. Na żywo materiał, który dotychczas uważałem za zbiór sympatycznych, rozhulanych piosenek zaczął oddychać pełną piersią. W końcu zacząłem dostrzegać typowe, słowiańskie melodie. Pani wokalistka robiła ze swoim głosem co chciała, wyśpiewując nie tyle teksty, co zlepki różnych języków, bezładnych sylab i onomatopej. Wszystko zaczynało brzmieć nadspodziewanie organicznie. Mimo wszędobylskiej elektroniki jestem pewien, że Czesi poradziliby sobie nawet, gdyby w Minodze poszedł prąd.
            Z utęsknieniem czekałem na mój ulubiony numer z tegorocznego Hu, „Tatanc”, który jest tak uroczy i promieniujący radością, że aż chce się tatancować, cokolwiek by to, do diaska, znaczyło. Numer wypadł fenomenalnie, ale do gwałtownego spotkania mojej dolnej szczęki z podłogą doszło dopiero chwilę później. Nie znam nawet tytułu tego dziełka, ale momentalnie zacząłem dostrzegać domniemane kinematograficzne konotacje DVA (nagrywali muzykę do filmów niezależnych). Hipnotyzujący, z pięknymi, operowymi partiami wokalnymi utwór miał w sobie coś z klimatu dzieł Ennio Morricone. Kopary nie zebrałem z podłogi już do końca. Piwo, o którym zupełnie zapomniałem patrząc, jak Pani wokalistka niby to tańczy, niby dostaje napadu pląsawicy kończyłem po koncercie w stanie kompletnego roztrzęsienia. I trvam tak podjarcowany do teraz.

Poniżej klip do „Tropikal Animal”. Na żywo wywala z butów.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Julia Marcell 20.11.2010, Poznań, Pod Minogą.

Minęło siedem utworów, zanim podczas pierwszego przesłuchania debiutanckiego LP Julii Marcell dotarło do mnie, że obcuję z wokalistką polskiej narodowości. Pal licho, że sięgnąłem po płytę w ciemno, mylący pseudonim sceniczny, angielskie teksty, zachodnią jakość produkcji. To, że dałem się nabrać na „niepolskość” jest chyba największym komplementem, jaki mógłbym sprawić na samym wejściu. Zachwycony It Might Like You, wybierałem się do Minogi ze sporymi oczekiwaniami. To, że można je spełnić z nawiązką wprowadziło mnie w osłupienie nie mniejsze, niż gdy o polskości artystki oświeciło mnie dopiero odliczanie „raz, dwa…”.
Występ Pani Julii miał się pierwotnie odbyć w Blue Note, ostatecznie przeniesiony został do klubu Pod Minogą – na wieść o tym momentalnie struchlałem. Moje wspomnienia koncertowe z owego miejsca nie są bowiem specjalnie przyjemne - ciasno, duszno, mała scena, ciężko o dobry dźwięk. O dziwo (i na szczęście), nie skrzywdziło to mocno sobotniego koncertu. Dźwięk był czytelny, selektywny, na to, że może być tłoczno przygotowałem się mentalnie, oszczędziłem więc resztki postrzępionych nerwów. Mógłbym ponarzekać na odrobinę zbyt głośną perkusję i słabe nagłośnienie pani obsługującej klawisze i chórki, ogólnie trochę wycofanej i nieobecnej. Ale to już moje typowe szukanie dziury w całym.
Sama artystka określa swoją muzykę jako classical punk, co z początku wywołało u mnie małą konsternację. Na szczęście, pierwszy kontakt rozwiał wszelkie obawy - nic punkowego, nawet w sugerowanym podejściu do wykonania, nie słyszałem (uff…). Dopiero widząc Julię z ekipą na żywo dotarło do mnie, że być może coś w tym jest – energia, tupet, zuchwałość. Spory w tym udział akompaniamentu perkusji, oraz, rzecz jasna, zapału samej Julii - numery zabrzmiały jak na sterydach. Albo, skoro już odwołujemy się do punkowej kontrkultury, jak na cracku. Żywiołowość ta była zaskakująca, zwłaszcza mając na uwadze dziewczęcą delikatność płynącą z płyty. Co również liczę in plus, tchnęła bowiem w ten materiał nowe życie. Nawet cover Joanny Newsom wyszedł bombowo.
W tym miejscu wszelkie (wciąż nieco wymuszone) punkowe skojarzenia się kończą. Nawet co smutniejsze dźwięki mają w sobie coś optymistycznego, wyśpiewywane przez pochyloną nad klawiszami (bądź brzdąkającą na skrzypcach), nieśmiele uśmiechającą się Julię. To chyba najbardziej skłoniło mnie do odruchowego przypisania jej wspomnianej „niepolskości”. Bijąca z tej muzyki beztroskość nie tylko kłóci się z naszym słynnym narodowym ponuractwem, ale też trendami panującymi w muzyce niezależnej. Nie wiem, czy to mój pech, ale ilekroć ktoś poleca mi brzmienia etykietowane jako „świeże” i „nowe” co rusz trafiam na brodatych młodzieńców w wykrochmalonych koszulach, którzy przedawkowali Unknown Pleasures. Muzyka Julii jest konwencjonalna, ale zagrana z polotem i wyobraźnią, jakąś lapidarną radością, z którą spotykam się bardzo rzadko.
Mimo to, odbiegając nieco od samego występu, muszę przyznać, że wsłuchując się w przesłodkie melodie fantazjuję o Pani Julii w nieco bardziej melancholijnym wydaniu. Za nic w świecie nie życzę jej impulsu do nagrania swojego Blood on the Tracks, Moon Pix czy Bachelor No. 2, z jakiegoś powodu czuję jednak, że i w tej konwencji jej głos i liryczne raczej, aniżeli piosenkowe podejście do kompozycji wypadłoby świetnie. Póki co, nowe numery zapowiadają materiał jeszcze bardziej promienny, poza bodajże jednym rodzynkiem, zagranym już na bis. Ale może i na melancholijność przyjdzie czas. Nie ma co się spieszyć, na takie klimaty popyt będzie zawsze.
            Skoro już przy relacjach muzyka-rynek jesteśmy, opuszczając Minogę zastanawiałem się, gdzie w tym okrutnym szołbiznesie znajduje się miejsce dla Julii? Pomimo zachwytów krytyki i entuzjazmu licznej gawiedzi (ścisk przeokrutny), nie przeczuwam, by groził wokalistce mainstream. Nie sądzę też, by samej zainteresowanej na tym zależało – ze sceny sprawiała wrażenie nie tyle doskonale wyszkolonej muzycznie profesjonalistki, co podekscytowanej samym byciem na scenie, choć i nieco onieśmielonej dziewczynki. I, do diabła, potrafi tą ekscytacją zarazić! Sądzę, że jej miejsce jest w małych klubach, choć raczej o profilu bardziej kameralnym, niż Minoga, z założenia przecież tancbuda. Prędzej tam, niż na Heinekenach, z czego bohaterka wieczoru odważyła się zażartować. Czegokolwiek by jednak nie robiła – będę trzymał kciuki i wiernie kibicował.            
Pominąwszy głowienie się nad tą błahą kwestią, wracałem do domu oczarowany. It Might Like You uważałem za niezły lek na ahedonię. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że Julia na żywo jest antybiotykiem.