Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 sierpnia 2012

En la Ciudad de Canalla


W życiu nie czytałem Małgorzaty Musierowicz (każdy znany mi poznaniak odsądzał mnie od czci i wiary za tą deklarację). Nie porwał mnie prowincjonalny hype wywołany swego czasu premierą fantastycznego dziwadełka Baszta Czarownic niejakiego Krzysztofa Kochańskiego, którego akcja toczyła się w moim tak-jakby-rodzinnym Słupsku. Wprawdzie gubiłem się, i to nie raz, na ulicach Warszawy, nigdy jednak nie rozpoznałem w jej zgubnych kamienicach konstrukcji, które kiedyś mogły być dekoracją opowiadań Hłaski. Reasumując, nigdy nie odnalazłem w dowolnego rodzaju dziele portretu miejsca, z którym byłem kiedyś związany, którego szkic trąciłby struny mojego skostniałego sentymentalizmu. Innymi słowy, nigdy w życiu nie zakłóciłem seansu kinowego, wskazując palcem w obłędnej ekstazie znajomą kawiarenkę, czy też uliczkę migającą przez sekundę na ekranie*. Zasmakowanie tej taniej podniety przez długi czas było moim uroczo infantylnym marzeniem.

Owa niewinna fantazja była jedną z wielu niespełnionych ambicji, których listą przyszło mi zamęczać (ze wzajemnością) Katalończyka, który na czas kilkunastu dni czerwca wylądował w stolicy Wielkopolski. Oboje mieliśmy na ten czas oddać się nieodpłatnym (monetarnie) usługom, które miały oszczędzić dodatkowych kosztów związkowi-molochowi, kryjącemu się pod czteroliterowym akronimem, organizującemu w tejże miejscowości (i kilku innych) dość imponujących rozmiarów imprezę.

Z owym Katalończykiem, jak się okazało, mieliśmy wiele wspólnego. Spełniwszy nasze (domniemanie niezobowiązujące) obowiązki, niemalże każdego wieczoru wybieraliśmy się w naszą własną Via Dolorosa, pielgrzymując między dobieranymi przeze mnie, quasi-gospodarza, knajpami i klubami. Na kolejnych stacjach dyskutowaliśmy o literaturze, filmach, kobietach, wyśnionej niepodległości Katalonii, nawiedzającej mnie w koszmarach podległości Rzeczypospolitej i innych przyczynach naszej dzielonej, nieadekwatnej do wieku markotności.

Podczas któregoś z naszych festiwali lamentów towarzysz mój ujawnił się jako biegły użytkownik języka francuskiego i gorliwy konsument tamtejszej kultury. Natychmiast podzieliłem się z nim moimi wrażeniami z majowej wizyty w Strasburgu. Wróciłem z owego wojażu skrajnie przygnębiony. Nie należę do legionu narodowych gderaczy, uważających nasz kraj za moralne pogorzelisko, doszczętnie spustoszone przez żydokomunę, czy też za ksenofobiczną twierdzę ogrodzoną fosą i szańcami, chroniącymi nas przed napierającymi ze wszystkich stron świata nieprzyjaciółmi. Paradoksalnie, wizyty poza granicami Lechistanu nie nakłaniają mnie do wystąpienia po wizę – uświadamiają mi raczej, być może naiwnemu idealiście, że jest bardzo dużo do zrobienia na miejscu. Co jest ścieżką mozolną, ale z pewnością szlachetniejszą, niż podążenie szlakiem exodusu. Nie zmienia to faktu, że wizyta w Alzacji rozbudziła we mnie degradującą zawiść. 

Wizyta ma zbiegła się z wyborami prezydenckimi. Z telewizyjnej debaty Sarkozy'ego i Hollande'a rozumiem piąte przez dziesiąte, o zawrót głowy przyprawia mnie jednak sama kultura dyskusji. Panowie wyliczają swoje ambicje i zamiary w sposób elegancki, unikając prania brudów, bez wchodzenia sobie w słowo i plucia powszechnym w polskim dyskursie politycznym jadem, którym wszyscy już chyba przesiąknęliśmy do punktu kompletnego zobojętnienia. Debatę i wybory ostatecznie wygrywa misiowaty lewak pozbawiony charyzmy. Nikt pośród ludu nie próbuje wietrzyć spisku, nowy rząd, niespodzianka, nie otwiera gułagów na Korsyce, panią minister ds. kobiet mianowana zostaje urocza posłanka urodzona w Maroko.

Nie, nie uświadczyłem podpalanych przez muzułmanów samochodów (przynajmniej w Strasburgu rozruchy tego typu zdają się być przeszłością). Nie doszły moich uszu skomlenia przeklinające upadek obyczajów, ateizację, islamizację, czy plany przejęcia Pałacu Luksemburskiego przez lobby homoseksualistów. Podziwiałem za to piękną Katedrę i kościoły, regularnie restaurowane w tym, domniemanie ultra-laickim, kraju.

Romantycy przegapionych okazji wciąż próbują wepchnąć na rodzimą scenę polityczną tzw. 'ideologie'. We Francji zabawy powiązane z tym smutnym anachronizmem przybierają formę dożynek. Spacerując pierwszego maja po ulicach Strasburga doszły mnie chóralne okrzyki dochodzące z pobliskiego parku, ponad którym unosił się szary dym. Zaspakajając swoją ciekawość/dając upust swojej głupocie, prędko skierowałem się ku źródłu harmidru. Okazał się to być piknik miejscowej lewicy, obchodzącej swoje Fête du Travail. Socjaliści niby tacy sami, jak w Polsce – równie pocieszni i nieszkodliwi w swojej ideologii, pełni pasji i ognia, który dawno już we mnie zgasł. Chuderlawe gołowąsy rozdają partyjne periodyki, w których z trudem rozszyfrowywane przeze mnie żarliwe manifesty sąsiadują z pokrywającymi całą stronę reklamami korporacji telekomunikacyjnych (!). Piękne kobiety przeplatające rękawy koszul od ZARY czerwonymi opaskami przygotowują falafele, chór mężczyzn ściskających czerwone flagi śpiewa unisono pięknymi tenorami. W pewnym momencie gwar placu cichnie, pojawia się siwy pan ze skrzypcami, który odgrywa Czajkowskiego, nagradzają go oklaski i kolejne arie tłumu w beretach. Z ręki do ręki wędrują skręty, pomiędzy nogami ścigają się dzieci w wieku przedszkolnym, w całej tej arkadii garbię się i rozglądam nerwowo tylko ja, czekając na grad kamieni zafundowany przez (obowiązkowe na krajowym podwórku) towarzystwo osób o mniej lub bardziej odmiennych poglądach. Ku niemałemu zdziwieniu, nie doczekałem się nadlatujących przedmiotów. Z jeszcze większą konsternacją przyjąłem fakt, że w zasięgu wzroku nie dostrzegam żadnego policjanta (tak, tak, wiem, wiem, połowę wiary stanowili tajniacy). 

Dociera do mnie, że jestem świadkiem karnawału, w którym ideologiczne credo pozostało niczym więcej, jak sentymentalną piosenką, oderwaną od sformalizowanej polityki niczym mleczak. To kawiorowy socjalizm, rekreacja osób, które mają na to chęć, czas i pieniądze, którym przy okazji dobrze w czerwieni (fason bardziej uniwersalny, niż brunatne koszule). Ci ludzie nie przybyli tu w imieniu walki o kolektywizację, czy też w celu głoszenia konieczności holokaustu burżuazji. Przyszli tu śpiewać, ukoić gastrofazę falafelem i dobrze wyglądać. Na polskie demonstracje, w najlepszym przypadku, przychodzisz dowiedzieć się, że masz więcej wrogów, niż byś podejrzewał, oraz że hasła wykrzykiwane przez twój własny pochód mają tak naprawdę niewiele wspólnego z twoim własnym sumieniem.

Gdy tak relacjonuję moją gorzko-słodką wizytę w Alzacji, mój towarzysz prosi mnie nagle o mój notes, w którym zapisuje tytuł En la Ciudad de Sylvia, wraz z nazwiskiem José Luisa Guerína, hiszpańskiego reżysera, którego Katalończyk bardzo sobie ceni. Reżyser ów za miejsce akcji rzeczonego filmu obrał sobie Strasburg, co przyjąłem jako okazję do zaspokojenia dręczącego mnie latami pragnienia, z którego zwierzyłem się w pierwszym akapicie.

Oczywiście, wedle zaleceń, oddałem się wkrótce lekturze. Wbrew zapowiedziom, Strasburg nie tyle okazał się tłem filmu, co jego głównym bohaterem.

Obrazami Francji można uratować nawet nieprzekonujący samą treścią film (przykład z brzegu – ostatni Allen). Gwarancją sukcesu może być nawet samo skuteczne ujęcie jej hipnotyzującego piękna. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Guerín. W En la Ciudad de Sylvia konwencjonalnego kina jest wręcz nieprzyzwoicie mało. Sprawia wrażenie pocztówki, przypominającej te sprzedawane na strasburskiej starówce, przedstawiające pastelowe panoramy miasta. Obraz ten jest jakby hołdem reżysera, tudzież manifestem jego fascynacji Strasburgiem, jego muzyką i twarzami. Zbudowany jest z nieruchomych ujęć, wszechobecnej muzyki w nielicznych inkarnacjach, raptem jednego pełnego, dość lapidarnego dialogu, który przez resztę filmu zastępują gesty i spojrzenia. Kadry te wywołują uczucie zachwytu, ale też pewnego niepokoju, jak gdyby zwątpienia w wiarygodność oczarowujących obrazów.

W końcu też przyszła wyczekiwana przeze mnie dziecinna ekscytacja, wywołana rozpoznawanymi co chwila wąskimi uliczkami, hałasem donośnego sygnału zamykających się drzwi Eurotramu, znajomą harmonią ulicznej muzyki, śpiewu ptaków i gwaru kawiarni. W tej pozbawionej puenty historii odnalazłem dokument swojej własnej wizyty w Strasburgu, zagubienia i omamienia, jakby kojącego paraliżu. Jestem nawet w stanie odnieść się w empatyczny sposób do obłędu bezimiennego bohatera, którego wzrok wędruje między twarzami pochłoniętych swoim własnym życiem kobiet. Choć może nie są to o tyle poszukiwania, co raczej uzależniające próby przeniknięcia przez zimne, niedostępne piękno dam Strasburga, które i mnie podczas spacerów jego ulicami kierowało na wyrastające z chodnika drzewa i słupy.

Przez cały swój pobyt w Poznaniu Katalończyk co chwila zasypuje mnie kolejnymi sugestiami z zakresu imponującej spuścizny iberyjskiej literatury i filmu. Sam czuję się z początku skonfundowany i niezdecydowany, ilekroć głowię się nad sugestiami rodzimych utworów. Staram się być ostrożny, szukając uniwersalnego, reprezentatywnego twórcy wyrzucam z siebie w końcu oczywistości – Kieślowskiego, wczesnego Polańskiego, Gombrowicza. Jak się okazuje, muszę szukać dalej - Katalończyk zna ich twórczość doskonale.

Wtedy nadszedł moment epifanii. Nagle zrozumiałem, jak głupi jestem pozwalając gnębiącym ten kraj drobnoustrojom samodzielnie kreować jego obraz w mojej głowie. Jakimś cudem, na czas przytoczonego w tekście turnieju, stałem się zupełnie głuchy na ich głosy (a może rzeczywiście na jakiś czas sami zamilkli?) Ich wszędobylski obskurantyzm zniknął zupełnie z mojego życia i myśli. Przez te trzy-cztery tygodnie żyłem w miejscu, które napawało mnie spokojem i nadzieją.

Zapominam czasem, że twarzą tego kraju nie musi być maszerująca ulicą setka łysych pał w wiatrówkach, banda blagierów w źle skrojonych garniturach i niewidzialne imperium narzekających przed plazmami wąsatych humanoidów w białych podkoszulkach. To kraj Kawalerowicza, Lema, Schulza, Andrzejewskiego, Niemczyka, Komedy, Grechuty, Kuronia, Julii Marcell, Ewy Braun (zespół mam na myśli!) i tych ohydnych zapiekanek, którymi zachwyca się każdy goszczący w tym kraju cudzoziemiec. A także, ponad wszystko, kraj otwartych, dobroczynnych i mądrych ludzi, których tu poznałem (i wciąż poznaję). Za którymi tęskniłem w Strasburgu i których brakowałoby mi w każdym zakątku świata.

* nie liczę filmów, dla których plenerem był Londyn, w którym spędziłem dwa miesiące - retrospekcje z tego okresu wywołują u mnie niespecjalnie pożądane reakcje.

poniedziałek, 17 października 2011

Najważniejszy, najpotężniejszy, Irański.


            Sztuka, artyzm, kultura, popkultura, kontrkultura, zwał jak zwał, wpływ, jaki te zjawiska mają na nasze życie jest zatrważająco olbrzymi. W moim przypadku jest on stanowczo zbyt duży, żeby nie powiedzieć, największy spośród wszystkich czynników w jakikolwiek sposób mnie kształtujących na przestrzeni lat. W wieku 20-paru lat ciężko jest uważać siebie za człowieka rozumiejącego świat. Jeśli jest inaczej, cóż, można mówić w tym przypadku o sporym pechu. Ci co szczęśliwsi mogą do tego czasu z dumą przyznawać się do oświecających, otwierających oczy epifanii, odkrywaniu dzieł rozpoczynających nowe rozdziały w ich krótkich żywotach, nadawać wszystkiemu jakąś ceremonialną rangę. Wszyscy wyciągamy dużo z lektury Dostojewskiego, moralizatorstwa Kieślowskiego, z wypiekami na twarzach wysłuchujemy i rozumiemy rozliczającego się ze swoim życiem Boba Dylana. O balaście, jakim jest poczucie winy dowiadujemy się z literatury Andrzejewskiego, nasze frustracje rozumiemy i akceptujemy dzięki Allenowi, a to, że miłość rozrywa nas na strzępki dociera do nas dopiero za pośrednictwem konfesji Iana Curtisa. Czytamy, oglądamy czy słuchamy jednak hiperbolizacji, rzeczy, które w pierwszej kolejności potrzebują sztuki jako ogniwa, które te idee czy emocje przekonwertuje. Nic to więcej, jak mniej lub bardziej ambitna zabawa w mimetyzm. Sztuka nas krzepi, otacza troskliwym zrozumieniem, które rzadko kiedy przynosi szczerząca zębiska rzeczywistość. Ale to właśnie ten parszywy świat doczesny z czasem uczy nas prozy życia, w najprostszy, ale i najboleśniejszy sposób. Asghar Farhadi, twórca Rozstania zapomina o limitach narzucanych przez dwuwymiarowość sztuki. Zabiera się za swoje rzemiosło gołymi dłońmi, nie posiada żadnych instrumentów, przerysowuje rzeczywistość w sposób najbardziej werystyczny. I osiąga efekt, z którym w kinie jeszcze się nie spotkałem.
            Rozstanie nie jest obrazem, który potrafiłbym przeanalizować pod kątem aktorstwa, reżyserii, czy ogólnie formy, jakkolwiek znakomita by nie była. Porażająca jest sama uniwersalność tego dzieła, co jest szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z filmem irańskim, kręconym pod okiem cenzora w postaci teokratycznego rządu, w kraju reprezentującym obyczajowość i uduchowienie odległe człowiekowi zachodu. Już we wcześniejszym swoim dziele, znakomitym Co Wiesz o Elly, Farhadi zręcznie unikał jednoznacznego obrazowania życia młodych Irańczyków. Dramat bohaterów Co Wiesz o Elly nie odnosił się do problematyki jednego, enigmatycznego dla europejczyka społeczeństwa. Wraz z Rozstaniem, oba filmy obrazują tragedie każdej istoty ludzkiej rozerwanej pomiędzy własną godnością a dobrem drugiego człowieka.
            Wspomniane Co wiesz o Elly traktowałem jeszcze jako nieplanowane, ale cudowne dziecko cenzury. Było antidotum na przesadnie wyemancypowane kina amerykańskie i (przede wszystkim!) Europejskie. Nie  istnieją w zachodniej kinematografii słowa niewypowiedzianych, nie ma obrazów, których nie mogliby pokazać twórcy działający w środowisku nienaznaczonym piętnem ekstremistycznej obyczajowości. Zdawało mi się, że niezbędne niedopowiedzenia czynią to kino mocniejszym, bardziej wymownym. Po Rozstaniu wiem, że przekaz Farhadiego jest tak naprawdę kompletnie nieskrępowany jakimikolwiek zewnętrznymi limitami. Wizja autora jest niesamowicie jasna i wymaga środków bardzo skromnych.
            Mając na uwadze, że dzieło Farhadiego zręcznie wymyka się zagrożeniu podzielenia losu polskich "półkowników", wręcz wypada traktować to dzieło na równi z każdym zachodnim produktem. W świetle takiej klasyfikacji, Rozstanie pozostawia w tyle całe dekady kina zachodniego. Osiąga bowiem coś, do czego aspirowało wielu okcydentalnych twórców, z których żaden jednak nie osiągnął tak porażającego efektu w sposób tak bezkompromisowy. Dotychczas za porażający film uważałem Czas Apokalipsy. Być może jedynie zbrutalizowaną wariację na temat Jądra Ciemności, jednak w sztuce kinematografii dzieło niemalże kompletne. Nie zmienia to faktu, że film nie odniósłby tak monstrualnego sukcesu, gdyby porażające słowa Kurtza nie były wybełkotywane przez zmanierowaną megagwiazdę Marlona Brando. Conradowski przekaz ukryty był między helikopterami, efektownie burzonymi atrapami wiosek i sztachającym się zapachem napalmu Robertem Duvallem.
            Konkluzja Rozstania nie potrzebuje wojennego kamuflażu. Owszem, tak, jak Co Wiesz o Elly jest doskonale skonstruowaną tragedią, trzymającą w napięciu i kompletną w formie, nie jest to jednak zasługa warsztatu i zastosowanych środków – jest to efekt zdeterminowanej wizji i bezkompromisowości w uchwycenia kilku dni z życia dwóch irańskich rodzin. To film, którego nie można interpretować, nawet, jeśli urwane zakończenie pozostawia film bez epilogu. Bohaterami nie są neurotyczne kreacje Allena, ani średniowieczni rycerze Bergmana, w którego dziełach skądinąd poruszające wnioski szmuglowane są pod postacią ezoterycznej baśni. Farhadi odnajduje w sobie odwagę by kompletnie zaniechać korzystania z jakichkolwiek instrumentów mogących uczynić ten obraz bardziej przystępnym (ani też żadnych mogących uczynić go jeszcze cięższym, dla spotęgowania wrażenia!).
            Pozbawione metaforyki i ornamentyki przesłanie Rozstania jest boleśnie jasne - jest to film o cierpieniu. Cierpią w nim wszyscy - dwa młode małżeństwa, zniedołężniały człowiek oderwany już od codziennego świata, największa jest jednak gehenna pojawiających się w filmie dzieci. 11-letnia dziewczynka musi dokonać najcięższego wyboru spośród wszystkich, pomiędzy rozstającymi się rodzicami - szukająca ucieczki matką a bezradnie uginającym się pod ciężarem walącego się świata ojcem. Wszystko to w milczeniu obserwuje kilkuletnie dziecko, przedwcześnie doświadczające brutalności świata, z biegiem filmu coraz lepiej rozumiejąca rozgrywające się wokół niej piekło. To cierpienie nie uszlachetnia, pozostawia po sobie zniszczenia, nieodnawialne szkody, rany, które się nie zagoją.
            Biorąc pod uwagę fakt, że sceny te rozgrywają się w Iranie, zastanawiać się można, jaki wpływ na życie bohaterów ma wiara mahometańska i ściśle związane z nią obyczaje. O dziwo, odniesienia do samej religii i jej wpływu na życie są nieliczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że bóg jest tu ponad ludźmi i w życiu każdego jest najważniejszy. Nie jest ten fakt pokazywany usilnie, widać to w drobnych gestach, chwilach, gdy ktoś musi przysiąść na Koran, kiedy wierząca kobieta konsultuje każdy swój krok z doradcą duchowym. Jest to bariera nie do przebicia, siła, wobec której każdy człowiek jest mały, pokorny, jego interes traci jakiekolwiek znaczenie. 
            Nawet w świetle ciążących nad bohaterami dogmatów, źródło ich tragedii leży w najprostszych ludzkich słabościach. Emocje przeżywane przez mieszkańców Teheranu nie są obce żadnemu człowiekowi. Tak, jak w Co wiesz o Elly, kluczowe znaczenie mają tu najdrobniejsze kłamstwa, niewinne, popełniane w przeświadczeniu, że nie mogą doprowadzić do jakichkolwiek konsekwencji, często czynione w dobrym zamiarze. Każdy jest z nich rozliczany i płaci olbrzymią cenę. Wiąże się okrutna reakcja łańcuchowa, każdy rozpaczliwie chce obronić to, co jest dla niego cenne. Rodzi się konflikt pomiędzy instynktem przetrwania, koniecznością uratowania siebie przed hańbą, a potrzebą chronienia przed zgubą najbliższych. Nie ma osób złych, nie ma osób winnych, są tylko ich słabości, drobna hamartia, doprowadzająca jednak do najstraszniejszego dramatu. Życie nie potrzebuje czarnego charakteru, by zamienić się w piekło.
            Rozstanie to film będący mile świetlne przed teraźniejszym kinem europejskim i amerykańskim. Asghar Farhadi odnajduje w sobie odwagę i sposób na przekazanie czegoś, co już wielu próbowało w kinie, każdy zmuszony był jednak posługiwać się kompromisami. W tym przypadku mamy do czynienia z arcydziełem kompletnym. Filmem, który tak naprawdę ciężko jest sklasyfikować jako kino. Ani sekunda dwugodzinnego seansu nie dostarcza rozrywki, choćby klatka tego filmu nie pretenduje nawet do miana sztuki. To życie utrwalone na taśmie celuloidowej, odwzorowane jak nigdy dotąd, przerażająco brutalne, zatrważająco prawdziwe.  

wtorek, 17 maja 2011

Romantycy przegapionych okazji.

            Jakiś czas temu skore do podróży sentymentalnych Vivarto reanimowało Greka Zorbę. Być może ktoś skorzystał z możliwości zobaczenia tego zacnego filmu w jedynych adekwatnych dla jego klasy warunkach – zatapiając się między podłokietnikami naprzeciw okazałego ekranu, pośród ciemności kompletnych. Odpuściłem sobie tą sposobność. Wiosnę mamy przepiękną, najgłupsze, co człowiek może zrobić, to dołować się nostalgią.
            Pamiętam, jak jakieś cztery lata temu wznowiono w naszym kraju filmy Ingmara Bergmana. Kina studyjne zalane zostały jego twórczością, akcja nabrała takiego rozmachu, że trafiła nawet do jego najciemniejszych zakamarków – w tym też kulturalnej pustyni, jaką jest Słupsk.
            Zabierałem na te filmy główną (przepraszam, jedyną) rolę kobiecą w tandetnej historii mojej młodości w tym mieście. Siódma Pieczęć, Źródło, Jak w Zwierciadle – zaślepionymi ptaszkami byliśmy, mimo to plugawiliśmy sobie obraz sielanki i rozkwitającego uczucia tym przytłaczająco ciężkim kinem. Sam z początku oglądałem te filmy nieprzerwanie mrużąc w skupieniu oczy, jak gdybym przyglądał się zagadnieniom z arytmetyki. Bałem się, że przeoczę gdzieś ich sedno, nie dostrzegę esencji, o której tyle się trąbiło (i trąbi, choć teraz rozumiem już, że to tylko powieści idiotów). Choć z początku w myślach przeklinałem swoją tępotę, bezskutecznie doszukując się ukrytego meritum, z czasem udało mi się dotrzeć do kwintesencji bergmanowskiego rzemiosła. Dotarło do mnie, że nic rozumieć nie muszę. Przestałem rozszyfrowywać symbolikę, nauczyłem się podziwiać to kino jako zbiór scen obyczajowych, obrazujących emocje, w zamierzeniu mających oddziaływać na moje własne (naprawdę wówczas takowe posiadałem!). Stwierdzenie, że te seanse kształtowały mój gust byłoby mocnym niedopowiedzeniem. One uczyły mnie oglądania filmów.
            Wciąż uważam, że wszelkiej maści evergreeny warto ludziom przypominać. W szczególności te, które odcisnęły swoje piękno na kulturze, a których ślad odrobinę jednak się zaciera. Przykładem niech będzie Casablanca. Film doskonały, którego każda scena to majstersztyk, każda zaś linijka tekstu wypowiadana w tym filmie przez Humphreya Bogarta więcej jest mi warta, niż każda z następujących później dekad kinematografii w całości. Dzieło Michaela Curtiza w zbiorowej świadomości zapisało się łzawą sceną na lotnisku. Idąc tym tropem czasem można odnieść wrażenie, że spuścizną Greka Zorby pozostaje motyw przewodni Mikisa Theodorakisa. Puszczany w restauracjach, w których nie zamówisz choćby sałatki greckiej.
            Nie w tym rzecz, że nostalgia wyżarła mi mózg, że zapatrzony w złote lata kina płaczę po przeszłym, wygrażając zaciśniętą pięścią każdemu mijanemu multipleksowi. Nie twierdzę, że kino umarło, tudzież wydaje ostatnie łaknienia na łożu śmierci. Mój bojkot Greka Zorby wynika z pubudek ściśle indywidualnych. Bierze się z uczucia przygnębienia wywoływanego seansami filmów tak unikalnej urody, niepodważalnej klasy, ponadczasowych. Przywołujących emocje, z których wyprute jest kino dzisiejsze. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego kontrastu dopóki nie odświeży sobie tych klasyków. Boleśnie potęguje to wrażenie anturaż kinowej sali, którym co rusz wabią dystrybutorzy pokroju Vivarto czy Gutek Film.
            Nigdy nie byłem wrogiem mainstreamu, nie należę do desperatów ograniczających się do kina niezależnego. Owszem, z pewnością bardziej witalnego, co nie zmienia faktu, że trawionego przez swoje własne choróbska – elitaryzm, przeintelektualizowanie, ukrywaną pod skorupą wysublimowanej formy próżność. Grek Zorba tymczasem jest filmem funkcjonującym poza podziałem na film ambitny i rozrywkowy. Powstałym przed nadejściem schizmy, która ciągle rozszerza przepaść między kinem dla mas a sztuką niezależną. Nie da się chyba kwestionować artystyczności dzieła Mihalisa Kakogiannisa. Mimo to rozmachach, niewymuszony humor i klarowna puenta czyni ten film przystępnym dla każdego.
Co gorsza, w zestawieniu z dzisiejszym kinem filmy pokroju Zorby dokumentują najdobitniejszy symptom regresywności X muzy. Nawet nie tolerowana, a wręcz gloryfikowana staje się przyzwoitość (cóż za paskudne słowo!). W zalewie miernoty, sprawnie wykonane rzemiosło nie ma dziś na rynku konkurencji. Króluje w box office’ach, krytycy układają dla nań peany, twórcy kolekcjonują statuetki. Po seansie The King's Speech, najlepszego według Akademii Filmowej zeszłorocznego filmu, pospolitego kostiumowca, w ocenie jego poziomu nie przychodzi mi do głowy określenie inne, niż "znośny". Nie dziwią mnie zbierane przez niego laury – utorował sobie drogę do statuetek raczej brakiem konkurencji, niż wybitnością. Sam w sobie, pozostaje filmem sprawnie skręconym. Nic więcej.
Niestety, najlepiej wyszlifowane umiejętności nie zastąpią pasji, którą buzuje Anthony Quinn. Który nie tyle gra tytułowego Zorbę, co przywdziewa fikcyjne nazwisko i fałszywy akcent, na ekranie będąc istotą z krwi i kości. Nie odgrywa roli człowieka o swoistym podejściu do życia, jest nim. Słodko-gorzka oda do życia Mihalisa Kakogiannisa byłaby dla dzisiejszych twórców przedsięwzięciem zbyt ryzykownym. Podobnie jak ukazanie malowniczej Krety w czerni i bieli. W czasach, gdy niektóre filmy można ratować tylko i wyłącznie wabiącą plastycznością, byłaby to rzecz nie do pomyślenia.
            "Tak mówią romantycy przegapionych okazji", kwituje lamentujących nostalgików Oskar w Blaszanym Bębenku. Vivarto konsekwentnie trwa w swojej misji, regularnie wypuszczając kolejne klasyczne produkcje, ambitnie promowane zmodernizowanymi, aczkolwiek często trącącymi myszką plakatami. Następne w kolejce Ostatnie Tango w Paryżu wychodzi w lipcu. Jak Casablanca do lotniska i Grek Zorba do dygającego (z kulawą nogą) Quinna, film ten często spłycany jest do motywu pomysłowego zastosowania masła. To miło, że będzie można w przytulnych warunkach poszerzyć swoje pojęcie o nim ponad jedną gastro-erotyczną scenę. Doskonale oznajmiony ze swoimi obsesjami, profilaktycznie omijać będę kina studyjne szerokim łukiem.

wtorek, 15 marca 2011

Nie graj tego więcej, Woody.

           Z początku jedynym efektem, jaki pozostawił po sobie w mojej głowie You Will Meet a Tall Dark Stranger, ostatni film Woody’ego Allena, było rozbrzmiewające w niej żałosne solilokwium, w którym zadawałem sobie pytanie - czemu wyrządzam sobie taką krzywdę? Lektury kolejnych jego paszkwili nie uczą mnie niczego, wciąż, kierowany może to ziarenkiem nadziei, może strzępkami sentymentu, daję szanse jego nowym filmom, raz po raz przeklinając później autora i własną naiwność. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że nie do końca w czczonym kiedyś przeze mnie reżyserze tkwić musi odpowiedzialność za gorycz tej klęski.
            O ile ciągle trafiam na zarzuty, jakoby mocno zmęczony już Woody zjadał od lat swój ogon, uważałem dotychczas, że fiasko każdego kolejnego filmu leży w odrębnym czynniku. I rzeczywiście, problemem najnowszego obrazu nie jest to, że serwowane jest nam coś w wyjątkowo złym smaku, jak to było choćby w przypadku Whatever Works, popłuczyny po własnych majstersztykach w Scoop, czy chybiony eksperyment w nietypowej konwencji (Cassandra’s Dream). Nowy Allen jest tak bezbarwny, że nie można nań dokonać nawet krytycznej analizy. Jest pusty jak wydmuszka, przy czym za skorupkę robi tu czarno-biała czołówka filmu, jedyna rzecz pozostała po wybitnym niegdyś stylu. Pozbawiony jednej choćby humorystycznej sceny, jednej udanej postaci, jednej komicznej linijki dialogu, You Will Meet a Tall Dark Stranger może też po prostu sprawiać wrażenie fuszerki, tworzonej z jakąś cyniczną premedytacją. Może w zamyśle, że widownia staje się coraz mniej wymagająca i potrzebuje jedynie popitki dla multipleksowego popcornu? Może ze świadomością, że przyciągani nazwiskiem zapaleńcy liczą na jeszcze jedno tchnienie geniuszu, niezniechęceni chudymi latami?
            Obie rzeczy przeszły mi przez myśl, ostatecznie sądzę jednak, że ostatnie filmy Allena po prostu zostały naznaczone duchem czasu. Bawiąc się w robienie filmów, zmuszony jest sięgać po coraz uboższe środki. Spora w tym wina agonii rzemiosła aktorskiego. Nawet co bardziej przyzwoici pozbawieni są uniwersalności, dzięki której swego czasu reżyserowi uchodziło na sucho nawet umieszczanie Diane Keaton w kilku kolejnych filmach. Niestety, próżno szukać uroku i charyzmy Keaton w nowo ochrzczonych muzach pokroju Scarlett Johansson. Poszukiwania kogoś, kto zapełniłby lukę powstałą po paranoidalnym neurotyku, granym dotychczas głownie przez samego Allena, kończą się na tym, że znośnie wypada jedynie Larry David. Nie dość, że również nieco już sędziwy, to po fachu scenarzysta, nie aktor. Podobnie sprawy mają się z tłem filmów, jakże kluczowym przecież w lwiej części jego dorobku. Osobliwą atmosferę Nowego Jorku trafił szlag, zagubiony Woody skacze więc między Londynem, Barceloną i Paryżem. W żadnym z tych otoczeń nie potrafi odnaleźć się tak, jak na ulicach Manhattanu.
             Co najbardziej mnie w tym wszystkim boli, przesłanie filmów pozostaje takie samo, serwowane jest jednak w możliwie najbardziej uproszczonej formie. To wciąż trywializowanie ludzkiego życia i pozornie wiązanych z nim wartości, naśmiewanie się ze słabostek i obowiązkowe przypominanie, że nie ma nic gorszego, niż życie u boku neurotyka. Niestety, wszystkie postaci w You Will Meet... są płytkie, pozbawione krzty charakterystyczności. Kiedyś, mimo iż często przerysowane, nadawały jego kinu formę karykatury, oglądało się je niczym własne, zdeformowane portrety, wykonane przez promenadowego rysownika. Oszpecone, ale fascynująco znajome, gorzkie, ale też o właściwościach katarycznych. Dziś, nawet odgrywane przez aktorów pokroju Anthony Hopkinsa, nie wzbudzają ani politowania, ani zrozumienia.
            Wolałbym, by swój łabędzi śpiew, a ten wkrótce będzie musiał zabrzmieć, Pan Allan Konigsberg odegrał już na klarnecie. Z czystym sercem stwierdzam, że nie będzie mi go brakowało. Nie sądzę bowiem, by kiedykolwiek znudziło mi się Annie Hall. Odświeżenie tego filmu polecam jako alternatywę dla zgrzytania zębami przy You Will Meet a Tall Dark Stranger.