Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2011

Najważniejszy, najpotężniejszy, Irański.


            Sztuka, artyzm, kultura, popkultura, kontrkultura, zwał jak zwał, wpływ, jaki te zjawiska mają na nasze życie jest zatrważająco olbrzymi. W moim przypadku jest on stanowczo zbyt duży, żeby nie powiedzieć, największy spośród wszystkich czynników w jakikolwiek sposób mnie kształtujących na przestrzeni lat. W wieku 20-paru lat ciężko jest uważać siebie za człowieka rozumiejącego świat. Jeśli jest inaczej, cóż, można mówić w tym przypadku o sporym pechu. Ci co szczęśliwsi mogą do tego czasu z dumą przyznawać się do oświecających, otwierających oczy epifanii, odkrywaniu dzieł rozpoczynających nowe rozdziały w ich krótkich żywotach, nadawać wszystkiemu jakąś ceremonialną rangę. Wszyscy wyciągamy dużo z lektury Dostojewskiego, moralizatorstwa Kieślowskiego, z wypiekami na twarzach wysłuchujemy i rozumiemy rozliczającego się ze swoim życiem Boba Dylana. O balaście, jakim jest poczucie winy dowiadujemy się z literatury Andrzejewskiego, nasze frustracje rozumiemy i akceptujemy dzięki Allenowi, a to, że miłość rozrywa nas na strzępki dociera do nas dopiero za pośrednictwem konfesji Iana Curtisa. Czytamy, oglądamy czy słuchamy jednak hiperbolizacji, rzeczy, które w pierwszej kolejności potrzebują sztuki jako ogniwa, które te idee czy emocje przekonwertuje. Nic to więcej, jak mniej lub bardziej ambitna zabawa w mimetyzm. Sztuka nas krzepi, otacza troskliwym zrozumieniem, które rzadko kiedy przynosi szczerząca zębiska rzeczywistość. Ale to właśnie ten parszywy świat doczesny z czasem uczy nas prozy życia, w najprostszy, ale i najboleśniejszy sposób. Asghar Farhadi, twórca Rozstania zapomina o limitach narzucanych przez dwuwymiarowość sztuki. Zabiera się za swoje rzemiosło gołymi dłońmi, nie posiada żadnych instrumentów, przerysowuje rzeczywistość w sposób najbardziej werystyczny. I osiąga efekt, z którym w kinie jeszcze się nie spotkałem.
            Rozstanie nie jest obrazem, który potrafiłbym przeanalizować pod kątem aktorstwa, reżyserii, czy ogólnie formy, jakkolwiek znakomita by nie była. Porażająca jest sama uniwersalność tego dzieła, co jest szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z filmem irańskim, kręconym pod okiem cenzora w postaci teokratycznego rządu, w kraju reprezentującym obyczajowość i uduchowienie odległe człowiekowi zachodu. Już we wcześniejszym swoim dziele, znakomitym Co Wiesz o Elly, Farhadi zręcznie unikał jednoznacznego obrazowania życia młodych Irańczyków. Dramat bohaterów Co Wiesz o Elly nie odnosił się do problematyki jednego, enigmatycznego dla europejczyka społeczeństwa. Wraz z Rozstaniem, oba filmy obrazują tragedie każdej istoty ludzkiej rozerwanej pomiędzy własną godnością a dobrem drugiego człowieka.
            Wspomniane Co wiesz o Elly traktowałem jeszcze jako nieplanowane, ale cudowne dziecko cenzury. Było antidotum na przesadnie wyemancypowane kina amerykańskie i (przede wszystkim!) Europejskie. Nie  istnieją w zachodniej kinematografii słowa niewypowiedzianych, nie ma obrazów, których nie mogliby pokazać twórcy działający w środowisku nienaznaczonym piętnem ekstremistycznej obyczajowości. Zdawało mi się, że niezbędne niedopowiedzenia czynią to kino mocniejszym, bardziej wymownym. Po Rozstaniu wiem, że przekaz Farhadiego jest tak naprawdę kompletnie nieskrępowany jakimikolwiek zewnętrznymi limitami. Wizja autora jest niesamowicie jasna i wymaga środków bardzo skromnych.
            Mając na uwadze, że dzieło Farhadiego zręcznie wymyka się zagrożeniu podzielenia losu polskich "półkowników", wręcz wypada traktować to dzieło na równi z każdym zachodnim produktem. W świetle takiej klasyfikacji, Rozstanie pozostawia w tyle całe dekady kina zachodniego. Osiąga bowiem coś, do czego aspirowało wielu okcydentalnych twórców, z których żaden jednak nie osiągnął tak porażającego efektu w sposób tak bezkompromisowy. Dotychczas za porażający film uważałem Czas Apokalipsy. Być może jedynie zbrutalizowaną wariację na temat Jądra Ciemności, jednak w sztuce kinematografii dzieło niemalże kompletne. Nie zmienia to faktu, że film nie odniósłby tak monstrualnego sukcesu, gdyby porażające słowa Kurtza nie były wybełkotywane przez zmanierowaną megagwiazdę Marlona Brando. Conradowski przekaz ukryty był między helikopterami, efektownie burzonymi atrapami wiosek i sztachającym się zapachem napalmu Robertem Duvallem.
            Konkluzja Rozstania nie potrzebuje wojennego kamuflażu. Owszem, tak, jak Co Wiesz o Elly jest doskonale skonstruowaną tragedią, trzymającą w napięciu i kompletną w formie, nie jest to jednak zasługa warsztatu i zastosowanych środków – jest to efekt zdeterminowanej wizji i bezkompromisowości w uchwycenia kilku dni z życia dwóch irańskich rodzin. To film, którego nie można interpretować, nawet, jeśli urwane zakończenie pozostawia film bez epilogu. Bohaterami nie są neurotyczne kreacje Allena, ani średniowieczni rycerze Bergmana, w którego dziełach skądinąd poruszające wnioski szmuglowane są pod postacią ezoterycznej baśni. Farhadi odnajduje w sobie odwagę by kompletnie zaniechać korzystania z jakichkolwiek instrumentów mogących uczynić ten obraz bardziej przystępnym (ani też żadnych mogących uczynić go jeszcze cięższym, dla spotęgowania wrażenia!).
            Pozbawione metaforyki i ornamentyki przesłanie Rozstania jest boleśnie jasne - jest to film o cierpieniu. Cierpią w nim wszyscy - dwa młode małżeństwa, zniedołężniały człowiek oderwany już od codziennego świata, największa jest jednak gehenna pojawiających się w filmie dzieci. 11-letnia dziewczynka musi dokonać najcięższego wyboru spośród wszystkich, pomiędzy rozstającymi się rodzicami - szukająca ucieczki matką a bezradnie uginającym się pod ciężarem walącego się świata ojcem. Wszystko to w milczeniu obserwuje kilkuletnie dziecko, przedwcześnie doświadczające brutalności świata, z biegiem filmu coraz lepiej rozumiejąca rozgrywające się wokół niej piekło. To cierpienie nie uszlachetnia, pozostawia po sobie zniszczenia, nieodnawialne szkody, rany, które się nie zagoją.
            Biorąc pod uwagę fakt, że sceny te rozgrywają się w Iranie, zastanawiać się można, jaki wpływ na życie bohaterów ma wiara mahometańska i ściśle związane z nią obyczaje. O dziwo, odniesienia do samej religii i jej wpływu na życie są nieliczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że bóg jest tu ponad ludźmi i w życiu każdego jest najważniejszy. Nie jest ten fakt pokazywany usilnie, widać to w drobnych gestach, chwilach, gdy ktoś musi przysiąść na Koran, kiedy wierząca kobieta konsultuje każdy swój krok z doradcą duchowym. Jest to bariera nie do przebicia, siła, wobec której każdy człowiek jest mały, pokorny, jego interes traci jakiekolwiek znaczenie. 
            Nawet w świetle ciążących nad bohaterami dogmatów, źródło ich tragedii leży w najprostszych ludzkich słabościach. Emocje przeżywane przez mieszkańców Teheranu nie są obce żadnemu człowiekowi. Tak, jak w Co wiesz o Elly, kluczowe znaczenie mają tu najdrobniejsze kłamstwa, niewinne, popełniane w przeświadczeniu, że nie mogą doprowadzić do jakichkolwiek konsekwencji, często czynione w dobrym zamiarze. Każdy jest z nich rozliczany i płaci olbrzymią cenę. Wiąże się okrutna reakcja łańcuchowa, każdy rozpaczliwie chce obronić to, co jest dla niego cenne. Rodzi się konflikt pomiędzy instynktem przetrwania, koniecznością uratowania siebie przed hańbą, a potrzebą chronienia przed zgubą najbliższych. Nie ma osób złych, nie ma osób winnych, są tylko ich słabości, drobna hamartia, doprowadzająca jednak do najstraszniejszego dramatu. Życie nie potrzebuje czarnego charakteru, by zamienić się w piekło.
            Rozstanie to film będący mile świetlne przed teraźniejszym kinem europejskim i amerykańskim. Asghar Farhadi odnajduje w sobie odwagę i sposób na przekazanie czegoś, co już wielu próbowało w kinie, każdy zmuszony był jednak posługiwać się kompromisami. W tym przypadku mamy do czynienia z arcydziełem kompletnym. Filmem, który tak naprawdę ciężko jest sklasyfikować jako kino. Ani sekunda dwugodzinnego seansu nie dostarcza rozrywki, choćby klatka tego filmu nie pretenduje nawet do miana sztuki. To życie utrwalone na taśmie celuloidowej, odwzorowane jak nigdy dotąd, przerażająco brutalne, zatrważająco prawdziwe.  

sobota, 9 kwietnia 2011

Samcze umysły. Those Darlins - Screws Get Loose.


            Lubię artystów wywołujących sporne odczucia. Nie tyle próbujących ściągnąć na siebie uwagę zręcznie przemyślaną i sfabrykowaną prowokacją, co skazujących się na lincz konserwatystów swoją odważną i nietuzinkową naturą. Pół biedy, że w przypadku Those Darlins mamy do czynienia z triumwiratem dziarskich kobiet, flirtujących z bogobojnym country. Rzadko kiedy słyszy się dziś w jakiejkolwiek muzyce tyle... testosteronu.        
            Choć dziewczyny (i wtórujący im bębniarz) zdają się być jednoznacznie asocjowane z nurtem alternatywnego country, dźwięki Screws Get Loose prędzej szło by usłyszeć dochodzące zza bramy wjazdowej, aniżeli wahadłowych drzwi baru honky-tonk. Rzecz w tym, że Those Darlins w drobny mak rozdeptują swoimi skórzanymi kowbojkami większość wysterylizowanych produkcji garażowo-rockowych. Nie chodzi mi tu jedynie o dość zmaskulinizowany image zespołu. Pochwalić się mogą jednym czynnikiem, który czyni je czymś więcej, niż fikuśną osobliwością. Drobną rzeczą, o której tyle zespołów skoncentrowanych na wytwarzaniu wokół siebie odpowiedniej otoczki zapomina - dobrymi piosenkami.
            Jakże przy tym różnorodnymi! Nośny refren otwierającego płytę numeru tytułowego to raczej sentymentalna nuta, której kompletnym przeciwieństwem jest utwór następny, promujący LP "Be Your Bro". Sporo mówi sama okładka singla, budząca skojarzenia z obwolutami Sticky Fingers i Too Fast for Love. Aluzja jak najbardziej na miejscu, Screws Get Loose ma w sobie ikrę i zuchwałość, której próżno dziś oczekiwać po co raz bardziej zniewieściałej męskiej muzyce. Tekst to majstersztyk frywolnego humoru, pełen seksualnych innuendos, a wyznająca "I just wanna be your bro" Jessi Darlin brzmi nie mniej kokieteryjnie, niż oferujący się swego czasu jako pies Iggy Pop. Numer został dodatkowo okraszony teledyskiem, w którym panie, że tak to ujmę, dość mocno eksponują samcze strony swych usposobień.
            Na szczęście, nie samym łamaniem obyczajowych tabu żyją te oblubienice. Z impetem burzą też gatunkowe bariery, co rusz urządzając sobie wycieczki na różnorodne grunty szeroko pojętego rock n' rolla (według Paula Stanleya z KISS, muzyki wymyślonej przez mężczyzn myślących kroczami). Chwilami brzmią niemalże jak The Clash odziane w gorsety i oddychające torem piersiowym, miast przeponowym ("Hives", "Boy"). Synestezyjne doznania przynosi odrobinę stonerowy "Mystic Mind". Dużo garażowego glamu pojawia się w świetnym "Tina Said". Nawet przy takiej różnorodności inspiracji, nad tą muzyką nieprzerwanie unosi się aura południa Stanów. A że zespół wywodzi się z samego serca Tennessee, jej buńczuczność dziewczyny mają we krwi.
            Tyle tu garażowego brudu, co i westernowego uduchowienia - fakt, że serwowanego w mocno zwulgaryzowanej formie. Świetna płyta zarówno dla osób lubujących się w klimacie rodem z barów z mechanicznym rodeo, jak i podróżach do miasta sufrażystek  I dla każdego ceniącego sobie diabelnie chwytliwe piosenki.

wtorek, 15 marca 2011

Nie graj tego więcej, Woody.

           Z początku jedynym efektem, jaki pozostawił po sobie w mojej głowie You Will Meet a Tall Dark Stranger, ostatni film Woody’ego Allena, było rozbrzmiewające w niej żałosne solilokwium, w którym zadawałem sobie pytanie - czemu wyrządzam sobie taką krzywdę? Lektury kolejnych jego paszkwili nie uczą mnie niczego, wciąż, kierowany może to ziarenkiem nadziei, może strzępkami sentymentu, daję szanse jego nowym filmom, raz po raz przeklinając później autora i własną naiwność. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że nie do końca w czczonym kiedyś przeze mnie reżyserze tkwić musi odpowiedzialność za gorycz tej klęski.
            O ile ciągle trafiam na zarzuty, jakoby mocno zmęczony już Woody zjadał od lat swój ogon, uważałem dotychczas, że fiasko każdego kolejnego filmu leży w odrębnym czynniku. I rzeczywiście, problemem najnowszego obrazu nie jest to, że serwowane jest nam coś w wyjątkowo złym smaku, jak to było choćby w przypadku Whatever Works, popłuczyny po własnych majstersztykach w Scoop, czy chybiony eksperyment w nietypowej konwencji (Cassandra’s Dream). Nowy Allen jest tak bezbarwny, że nie można nań dokonać nawet krytycznej analizy. Jest pusty jak wydmuszka, przy czym za skorupkę robi tu czarno-biała czołówka filmu, jedyna rzecz pozostała po wybitnym niegdyś stylu. Pozbawiony jednej choćby humorystycznej sceny, jednej udanej postaci, jednej komicznej linijki dialogu, You Will Meet a Tall Dark Stranger może też po prostu sprawiać wrażenie fuszerki, tworzonej z jakąś cyniczną premedytacją. Może w zamyśle, że widownia staje się coraz mniej wymagająca i potrzebuje jedynie popitki dla multipleksowego popcornu? Może ze świadomością, że przyciągani nazwiskiem zapaleńcy liczą na jeszcze jedno tchnienie geniuszu, niezniechęceni chudymi latami?
            Obie rzeczy przeszły mi przez myśl, ostatecznie sądzę jednak, że ostatnie filmy Allena po prostu zostały naznaczone duchem czasu. Bawiąc się w robienie filmów, zmuszony jest sięgać po coraz uboższe środki. Spora w tym wina agonii rzemiosła aktorskiego. Nawet co bardziej przyzwoici pozbawieni są uniwersalności, dzięki której swego czasu reżyserowi uchodziło na sucho nawet umieszczanie Diane Keaton w kilku kolejnych filmach. Niestety, próżno szukać uroku i charyzmy Keaton w nowo ochrzczonych muzach pokroju Scarlett Johansson. Poszukiwania kogoś, kto zapełniłby lukę powstałą po paranoidalnym neurotyku, granym dotychczas głownie przez samego Allena, kończą się na tym, że znośnie wypada jedynie Larry David. Nie dość, że również nieco już sędziwy, to po fachu scenarzysta, nie aktor. Podobnie sprawy mają się z tłem filmów, jakże kluczowym przecież w lwiej części jego dorobku. Osobliwą atmosferę Nowego Jorku trafił szlag, zagubiony Woody skacze więc między Londynem, Barceloną i Paryżem. W żadnym z tych otoczeń nie potrafi odnaleźć się tak, jak na ulicach Manhattanu.
             Co najbardziej mnie w tym wszystkim boli, przesłanie filmów pozostaje takie samo, serwowane jest jednak w możliwie najbardziej uproszczonej formie. To wciąż trywializowanie ludzkiego życia i pozornie wiązanych z nim wartości, naśmiewanie się ze słabostek i obowiązkowe przypominanie, że nie ma nic gorszego, niż życie u boku neurotyka. Niestety, wszystkie postaci w You Will Meet... są płytkie, pozbawione krzty charakterystyczności. Kiedyś, mimo iż często przerysowane, nadawały jego kinu formę karykatury, oglądało się je niczym własne, zdeformowane portrety, wykonane przez promenadowego rysownika. Oszpecone, ale fascynująco znajome, gorzkie, ale też o właściwościach katarycznych. Dziś, nawet odgrywane przez aktorów pokroju Anthony Hopkinsa, nie wzbudzają ani politowania, ani zrozumienia.
            Wolałbym, by swój łabędzi śpiew, a ten wkrótce będzie musiał zabrzmieć, Pan Allan Konigsberg odegrał już na klarnecie. Z czystym sercem stwierdzam, że nie będzie mi go brakowało. Nie sądzę bowiem, by kiedykolwiek znudziło mi się Annie Hall. Odświeżenie tego filmu polecam jako alternatywę dla zgrzytania zębami przy You Will Meet a Tall Dark Stranger.

wtorek, 1 marca 2011

Diablę w złotym naszyjniku. Anna Calvi - Anna Calvi.


Wywodzę się z rodziny, której członkowie charakteryzują się zatwardziałą monogamicznością – pełna jest długich, szczęśliwych, co więcej, wolnych od rutyny i znużenia małżeństw, na które aż miło się patrzy. Wygląda na to, że i ja odziedziczyłem po poprzednich pokoleniach tą tendencję. Wbrew pozorom, w przełożeniu na codzienne życie uważam ten fakt za swoją osobistą hamartię. Inaczej sprawy mają się w kwestii rozlokowywania uczuć pomiędzy moimi muzycznymi fascynacjami. Mówiąc bez ogródek, dość rozwiązły ze mnie facet. O ile Hłasko pisał, że miłość w życiu zdarza się tylko raz, a wszystko następujące potem jest tylko szukaniem tejże utraconej, tak w swoich muzycznych poszukiwaniach co rusz natrafiam na nimfy, którymi fascynacja przynajmniej tymczasowo zapełniają ubytki w duszy i umyśle, których nie wypełni, dajmy sobie na to, Iggy Pop. Mélanie Pain, Julia Marcell, Cat Power – kobiecość, subtelność i magnetyzm tych artystek nadaje ich twórczości dodatkowego wymiaru, niemalże namacalnego, rodzącego jakby pozamuzyczną fascynację.
Debiut Anny Calvi, lakonicznie zatytułowany Anna Calvi, uderza w serce spragnionego wyżej wymienionych „doznań” faceta jak grom z jasnego nieba. Nawet odstawiając na bok mój osobliwy stosunek do kobiecych artystek obiektywnie muszę stwierdzić, że mamy tu do czynienia z czymś więcej, niż obiecującą debiutantką. Po pierwsze, nie pamiętam roku, w którym równie wcześnie potrafiłbym bez zawahania wskazać murowanego kandydat do grona najlepszych płyt 2011. Po drugie, styl tej Brytyjki już teraz sprawia wrażenie wykrystalizowanego i świadomego. Co rzadko można powiedzieć nawet o najlepiej prosperujących żółtodziobach.
W wywiadach cicha i nieśmiała, jej sceniczna persona sprawia wrażenie istoty niemalże diabolicznej, nawiedzonej nimfetki w surowym, prowokująco uwodzicielskim makijażu. Na każdym zdjęciu promocyjnym z jej szyi zwisa złoty naszyjnik, który na okładce płyty układa się w godność artystki. Choć śpiewa delikatnie, czasem szepcąc, w lirykach nie wykraczając ponad miłosne klisze, przez całą płytę unosi się nad tą muzyką niepokojąca aura. Czy można styl Pani Calvi nazwać, sklasyfikować? Radzę odpuścić sobie wszelkie próby. Z drugiej strony, choć wpływy można wyczuć wielorakie, z pewnością nie mamy tu do czynienia z gatunkową hybrydą. Muzyka nasiąknięta jest inspiracjami, pozostaje jednak spójna, perfekcyjnie wręcz uformowana. Czasem pełna dźwiękowego przepychu, miejscami minimalistyczna, ale zawsze daleka od wiecznie modnego stylu low-fi. Jest coś z patosu pieśni Edith Piaf, jest trochę Cave’owskiej dekadencji. Co najbardziej się rzuca w uszy (i do czego przyznaje się sama artystka), słychać na tej płycie olbrzymią fascynację muzyką filmową. Można odnieść wrażenie, że nie tyle jest to zbiór piosenek, co konceptualna ścieżka dźwiękowa. Dzięki zręcznemu balansowaniu między nastrojami, wyjątkowo przy tym uniwersalna. Dokonania Anny Calvi równie dobrze sprawdziłyby się w spaghetti westernie, filmie noir, a nawet burzliwym romansidle, choć w gruncie rzeczy wszystkie trzy gatunki zostały już dawno uśmiercone. I rzeczywiście, Anna Calvi wznosi się wysoko ponad panujące aktualnie trendy muzyczne.
Pani Calvi zaczyna odważnie, solowym popisem gry na gitarze w instrumentalnym "Rider to the Sea". Zmysłowym sposobem budowania napięcia przypominającym nieco pierwsze nuty "Down to the Waterline", utworu otwierającego inny genialny debiut, tytułowy krążek Dire Straits. Gdzieś pojawia się chór, w tle grzmiące kotły. Z czasem przechodzi w szaleńcze crescendo, które, choć zdaje się, że za chwilę wybuchnie kanonadą dźwięków, nagle brutalnie urywa się. Spośród konsternującej ciszy wyłania się "No More Words". Paradoksalnie, właśnie tutaj pojawiają się pierwsze słowa. Jest to, eureka, wyznanie miłości, niemalże szeptane. W uwodzicielskiej artykulacji Calvi drzemie jednak coś niepokojącego, sprawiającego, że jeży się włos na karku. Udział akompaniamentu artystka racjonuje wyjątkowo utylitarnie. Chwilami głosowi wokalistki wtóruje tylko gitara i jej intensywny pogłos, utwory często oparte są na jednostajnym, siermiężnym rytmie perkusji. Smaczki pokroju partii smyczków stosowane są w sposób idealnie wysublimowany. Chwała niebiosom, gdyż ich nadużycie często zapędza kombinatorów w kąt pretensjonalności. Zdarza się, że to właśnie te małe drobiazgi dodają tej muzyce kinematograficznego rozmachu, który wręcz zapiera dech w piersiach w utworach takich, jak "First we Kiss", czy "I'll be Your Man". Rozmach owy swój zenit osiąga w finałowym "Love Won't be Leaving". Brzmi on jak epilog filmu i takie wrażenie pozostawia po sobie cała płyta – doznania wykraczającego ponad dźwiękową rozkosz.
I pomyśleć, że to dopiero początek! Ciężko jest dopuścić do siebie myśl, że obcujemy tu z debiutantką, która może mieć przed sobą lata artystycznej ewolucji. Kto wie, może z czasem okaże się tą „częścią bożego planu”, jak to niektórzy mówią, która wyleczy mnie z muzycznej poligamii? Na razie pozostaje dla mnie niekwestionowaną królową roku 2011 i, choć to szmat czasu, wątpię, by jakakolwiek niewiasta mogła jej zagrozić w ciągu pozostałych 10 miesięcy.

piątek, 10 grudnia 2010

W jaskini pornografa. Grinderman - Grinderman 2.


 Zastanawiałem się kiedyś nad genezą nazwy tego projektu Nicka Cave’a, rozkręconego cztery lata temu z trzema kompanami z dowodzonej przez niego formacji The Bad Seeds. Jak przeczytałem później w jakimś wywiadzie, została ona wybrana na poczekaniu, zaczerpnięta z tytułu utworu Johna Lee Hookera. Nim moje wątpliwości zostały rozwiane, próbowałem dokonać małego research’u na własną rękę. Spośród licznych definicji słowa grind największym pewniakiem zdawało mi się zastosowanie czasownika jako określenia tzw. ocierańca. I choć atmosfera muzyki G-menów ma w sobie coś z widowiska w obskurnym klubie z rurami, konia z rzędem tancerce egzotycznej, która utrzyma się na swoich przezroczystych obcasach przy kakofonicznych rytmach Grinderman 2.
Zanim wytłumaczę, co przyjemnego odnajduję w tym przesyconym wszeteczeństwami tumulcie muszę zaznaczyć, że mnie samego dziwi bezkrytyczność, z jaką łykam ostatnio wszystko co wyjdzie spod palców Cave’a. Dla przykładu. Nazwijcie mnie pruderyjnym tępakiem, ale nie jestem entuzjastą szeroko pojętego erotyzmu w literaturze. Nic nie wnoszące do treści epatowanie perwersją psuło mi nieraz lektury przyzwoitych poniekąd dziełek Philipa Roth’a czy Michela Houellebecqa. Znużony waginalnymi metaforami rzuciłem w diabli Zwrotnik Raka, nie doczytawszy go nawet do końca. Inaczej było ze Śmiercią Bunny’ego Munro rzeczonego Australijczyka. Przede wszystkim, pod obślizgłą warstwą sprośności autor nie próbuje przeszmuglować żadnego pretensjonalnego przekazu. Nie chce aspirować do statusu manifestu wyzwolenia, co jest mocno naiwne w czasach, kiedy wszystkie bariery zostały już przekroczone, a w notowaniach bestsellerów co druga pozycja to dzienniki Córy Koryntu albo wspomnienia alfonsa. Książka ta jest czystą karykaturą, czytanie jej jest jak oglądanie małp kopulujących w ZOO - bardziej, niż sam widok śmieszy myśl o oburzeniu, jakie musi wywoływać wśród stojących przy klatce rodzin. I w rzeczy samej, chichrałem pod nosem wyobrażając sobie reakcje tych, którzy spodziewali się po autorze mrocznego romantyzmu, bądź kojarzyli go jako borsukowatego szatyna, mruczącego ku Kylie Minogue.
Małpa nie mniej gorsząca niż spółkujące orangutany zagościła na okładce debiutu Grinderman. Tym razem zamiast obscenicznego naczelnego z obwoluty szczerze na nas kły wilk. Wbrew pierwszym skojarzeniom nie oznacza to, że muzyka zespołu stała się bardziej gniewna czy zadziorna. Słuchając płyty szybko dociera do nas, że wilk przybywa do tej jasno oświetlonej, przyozdobionej popiersiem Peryklesa i białymi różami łazienki kierowany zwierzęcym głodem. W 53-letnim Nicku, mężczyźnie o mocno już przerzedzonej, ale wciąż uparcie farbowanej na czarno fryzurze budzą się takie właśnie atawistyczne skłonności. Jak złakniony wilk wyje już w przewrotnie zatytułowanym numerze otwierającym – „Mickey Mouse and the Goodbye Man”. Wilczą sierść przywdziewa także w singlowym „Heathem Child”, do którego powstał klip. O którym nie napiszę nic, po prostu odeślę do samego obrazu:


            Przez resztę albumu Cave, prywatnie żonaty i ustatkowany, zakłada kolejne maski. W „Worm Tamer” jest wężem. W „Kitchenette” jak gdyby zamienia się w swoje literackie alter ego. Niczym Bunny Munro ze wspomnianej powieści, bezczelnie zachęca ustatkowane kobiety do przyprawiania rogów swym troskliwym, acz seksualnie wyeksploatowanym mężom. Podobnego bałamucenia jest na płycie mnóstwo. I nie są to wysublimowane, sensualne sonety, raczej najczystsza poezja klozetowa. Coś, na co idzie natrafić na drzwiach kabiny dworcowej, bądź uniwersyteckiej toalety. Choć czasem nieco hermetyczne, teksty te zaśpiewane z Cave’owską lubieżnością do pary z gwałtownym, hałaśliwym tłem wypełniają utwory duszną, elektryzującą atmosferą.
            Muzycznie, Grinderman miał być dla Nicka stylistyczną odskocznią od wtórującego mu na co dzień kolektywu The Bad Seeds. Debiut zapowiadano jako prymitywny, garażowy rock, co niezupełnie się sprawdziło - płyta wykraczała daleko poza sztywne ramy gatunkowe. Przedłużeniem tej myśli miało być wydawnictwo tegoroczne. I znowu nie mogę do końca się zgodzić. Mimo, że materiał sprawia wrażenie bardziej poukładanego, wciąż ciężko uwierzyć, że powstaje, jak twierdzi sam maestro, w biurowych warunkach. Muzyka kipi szaleństwem i spontanicznością, jest w tym coś z ducha The Velvet Underground. Spora w tym zasługa Warrena Ellisa, od lat nieodłącznego sprzymierzeńca Cave’a (podejrzewam, że panowie dziś nawet kąpią się razem, przy czym zwłaszcza po Warrenie widać, że raczej nie robią tego zbyt często). Ta mieszanka szału improwizacji i wyrafinowania, którego ucieleśnieniem na scenie jest brodaty Ellis intensyfikuje dekadenckość tej płyty. Wspomniany pierwszy numer z Myszką Miki to rozpędzona, przesterowana do granic słuchalności bomba. Począwszy od „Worm Tamer”, welwetowe naleciałości pojawiają się na każdym kroku. Nawet w najbardziej konwencjonalnym „Palaces of Montezuma”, przypominającym bardziej przystępne pozycje Reeda w stylu „Rock & Roll”. Przeszywający szum w uszach pozostaje po ostatnim kawałku, „Bellringer Blues”. Jednostajny rytm i jakby gospelowe chóry zlewają się z brudnymi, skomlejącymi gitarami. Idealnie zamyka album, który w zamierzeniu jest podstępnie zaplanowanym, plugawym atakiem na delikatność.
            Nie jest to łatwa i przyjemna płyta, ale bezsprzecznie fascynująca. Muzyka prowokująca, dysharmonijna, tematycznie wręcz pornograficzna. Choć Cave pozbył się zdobiącego ostatnio jego twarz „pornstache”, dalej bulwersuje i obnosi się ze swoją rubasznością. Ale też robi to z właściwą tylko sobie gracją.

czwartek, 25 listopada 2010

Bad Religion - The Dissent of Man. I wspomnienia z Warszawy.


 Fryderyk Nietzsche rzekł kiedyś – buddyzm nie obiecuje, lecz dotrzymuje, chrześcijaństwo obiecuje wszystko, lecz nie dotrzymuje niczego. Zła Religia, cóż, nie wabi obietnicą życia po śmierci, nie przewiduje świąt wolnych od pracy, ale też nie zagrozi ci ekskomuniką za zabieg in vitro, raczej też nie wylądujesz w chińskim łagrze za kopię Against the Grain w domowej kolekcji. Co jakiś czas uraczy cię jednak fajną płytą, a tych ma na swoim koncie już piętnaście. Żadna wiara w życiu mi tyle dobrego nie dała!
            Płytka najnowsza, The Dissent of Man, wyszła we wrześniu, miesiąc wcześniej zaś, po 30 latach bezczelnego omijania kraju Lecha, zainteresowani zawitali do jego stolicy. Gdzie się stawiłem i przeżyłem być może highlight mijającego roku (żałośnie marnym jest życie, jeśli za szczytowe przeżycie dwunastu miesięcy uważa się durny koncert).
            Sądząc, że durny koncert może się okazać zbyt słabym argumentem przy proszeniu tymczasowego pracodawcy o dzień wolny, podkolorowałem trochę powody mojego nagłego wyjazdu do Warszawy. W życiu, na miarę okoliczności i własnych możliwości, staram się nie kłamać. Nie dlatego, bo kieruję się jakąś górnolotną moralnością, po prostu słaby ze mnie blagier, każde moje najmniejsze łgarstwo prędzej czy później zostaje zdemaskowane. Mimo że niewielkim przekształceniem powodu nagłego wyjazdu nie wyrządziłem nikomu krzywdy, przez całą podróż, cytując Kurta Vonneguta "Miałem uczucie, że moja dusza jest plugawa i cuchnie niczym dym z palonej kociej sierści".
            Nie pamiętam też, by kiedykolwiek zdarzyło mi się dotrzeć z punktu A do punktu B bez absurdalnych perturbacji. Życie z tym fatum ułatwia nabywane przyzwyczajenie, łagodzące kolejne potworne wojaże. Gdy więc będąc jedną stację przed Warszawą Centralną dotarło do mnie, że mój wagon został odłączony od głównego korowodu i ruszył w przeciwnym kierunku, prosto na Lublin, przyjąłem to zrządzenie losu ze stoickim spokojem. Wysiadłem oddalony od założonej destynacji o godzinę drogi, w obcej mi nawet z nazwy Pilawie. Zduszając w sobie frustrację, szybko zakupiłem bilet na najbliższy kurs do Warszawy. Na pokładzie pociągu natrafiłem na starszego człowieka, który podobnie jak ja żadnego komunikatu o odłączanych wagonach nie usłyszał. Nowy towarzysz podróży, bardziej ode mnie uduchowiony, tłumaczył niefortunne, ale jak się okazało zbawienne dla obu stron okoliczności spotkania udziałem vis maior, czy też przypadkiem deus ex machina. Okazał się osobą przemiłą i bezinteresownie pomocną. Droga upłynęła nam pod znakiem rozmów o Kapuścińskim, Szymborskiej i Kochanowskim. Skończyła się zaś pośpieszną konsumpcją miodowo-wermutowego samogonu (wyśmienity!) produkcji towarzysza. Epilog historii taki, że przegapiłem wszystkie supporty, a na występ gwiazdy spóźniłem się pięć minut. Podejrzewam jednak, że gdyby nie pomoc sędziwego Pana, witalnością przewyższającego mnie po stokroć, nie trafiłbym do amfiteatru w Parku Sowińskiego w ogóle. Dobrze się stało, mimo iż pięciominutowe spóźnienie w przypadku Bad Religion równało się przegapieniu czterech utworów.
            Gdy zdyszany przedzierałem się pod scenę, Greg Graffin, poza śpiewaniem w kapeli wykładowca nauk przyrodniczych i paleontologii na uniwersytecie UCLA, zapowiadał utwór tytułowy z płyty Recipe for Hate. Ja zaś, na co dzień próbujący stwarzać wrażenie persony stonowanej, drąc się w niebogłosy rzuciłem się w wir zabawy. Minutę później, dwa razy zgubiwszy buta w mosh-picie, zrozumiałem, że rozbrat z koncertami punkowymi odcisnął na mnie swoje piętno i postanowiłem oddalić się nieco od pokaźnego młyna, oddając się wesołemu podśpiewywaniu kolejnych utworów. Frajda niesamowita, jaki inny zespół mógłby uczynić diabelsko chwytliwymi wersy „Culture was the seed of proliferation but it's gotten melded/Into an inharmonic whole”? W przypływie chęci rozwoju swoich marnych umiejętności translatorskich wziąłem się kiedyś za tłumaczenie liryk Kalifornijczyków. Był to raczej sprawdzian wytrzymałości psychicznej, oczywiście oblany. Ale jeśli ktoś lubi tłumaczeniowe wyzwania i nie wadzi mu poświęcanie dwóch godzin na dogłębne przetłumaczenie tekstu półtoraminutowego utworu, zachęcam gorąco.
Bojowe nastroje panowały nie tylko pod sceną amfiteatru. W chwili koncertu stolica była jednym wielkim polem bitwy. Swoistym Wzgórzem Megiddo stał się plac przed Pałacem Prezydenckim. Z jednej strony tłumy bogobojnych obozowiczów zwiastujących powtórkę z konfederacji targowickiej, z drugiej zaś pielgrzymki kwiatu młodzieży polskiej, uginającego się pod krzyżem sklejonym z puszek po piwie. Co jest niczym więcej jak dowodem, że największą zgubą naszego narodu, poza małą ilością słonecznych dni, jest nadmiar wolnego czasu. Spoglądając na zawieszone za perkusją pięciometrowe logo zespołu, słynny „Crossbuster”, zastanawiałem się, jakim cudem tego dnia, w tym mieście, coś takiego uchodzi im na sucho? Być może właśnie strach agencji koncertowych przed potencjalnym bojkotem występu stał na drodze wcześniejszego przyjazdu Złej Religii? Jeśli jest w tym ziarenko prawdy, organizatorzy Rock in Summer Festival trafili w moment idealny, bowiem skrajna prawica zdawała się wystawiać całą swoją artylerię przeciw semickim łapom próbującym zabrać krzyż. Zespół tymczasem ze sceny zapowiadał powrót do Polski w przyszłym roku. Co tym razem będzie musiało odciągnąć uwagę strażników sacrum od krzyża wpisanego w drogowy znak zakazu? Liczę w tym miejscu na pomysłowość aktualnego rządu. Może refundacja in vitro?
Trzy hiciory na bis – kolejno "21st Century Digital Boy", numer, który jeszcze przez 90 lat zachowywać będzie swoją aktualność, refren wszechczasów w "Sorrow", sztandarowe "Punk Rock Song" i wracamy do posępnej rzeczywistości. Jest godzina 23, za 10 godzin, 500 kilometrów od miejsca, w którym aktualnie się znajduję, rozpoczynam kolejny dzień pracy w butiku z damską odzieżą. Docieram idealnie na czas, niewyspany. Trasa autobusu PKS, miast we śnie, mija mi w powietrzu wypełnionym odorem żółci tryskającej z kłótni siedzącej naprzeciw mnie pary. Poróżnione małżeństwo nie mogło być wiele starsze od troszkę brzuchatych, siwiejących panów, którzy jeszcze przed chwilą skakali po scenie z bananami na twarzach, z werwą i przekonaniem większym, niż dwadzieścia lat temu wykrzykując chórem że chcą "Conquer the World". Jakieś półtora miesiąca później wymieniałem już z kumplem wrażenia odnośnie świeżutkiego wtedy The Dissent of Man. Rozmówca mój stwierdził, że po chłopakach "słychać ich wiek". Zgodzę się, ale i nie uważam, by przejawiało się to w postaci postępującego zniedołężnienia. Bad Religion starzeje się z klasą. Dystyngowana siwizna dodaje powagi, nie odejmując przy tym za grosz animuszu. Tą dychotomię idealnie odzwierciedla zresztą otwierający nowy krążek "The Day That the Earth Stalled". Typowa punkrockowa petarda, a jednak doktor Graffin śpiewa w nim "Do you remember when we were young, adventure had no end?". I taka jest cała płyta, czasem wywrotna, zachęcająca do obrzucania autorytetów kamieniami ("The Resist Stance", "Meeting of the Minds"), czasem ckliwe wręcz refleksyjna ("Cyanide", "I Won't Say Anything"), bądź też zręcznie łącząca oba ("Only Rain", "Wrong Way Kids"). W każdym z tych wydań zespół wypada autentycznie i wyjątkowo… przyjemnie. Niebywale pogodnie, nawet na tle wcześniejszych dokonań. W kontekście płyty punkowej można by wziąć to za bezczelną potwarz. Sądzę jednak, że oszczerstwem jest nazywanie Bad Religion zespołem punkowym, zaściankowość i schematyczność nurtu zostawili w tyle wiele lat temu.
            No właśnie, zespół wciąż uparcie trzyma się swojego. Zawiodą się więc ci, którzy oczekują tu jakiejkolwiek rewolucji. Próżno szukać niespodzianek, a sprawdzone schematy, nawet skutecznie egzekwowane, mają to do siebie, że… pozostają schematami. Nie uderzają już z siłą rażącą tak, jak wtedy, gdy było to czymś innowacyjnym. Nie zarazi więc The Dissent of Man ortodoksyjnym fanatyzmem kogoś stykającego się ze Złą Religią po raz pierwszy. Starych wyjadaczy materiał, jak zawsze, zadowoli. Każdy ceniący sobie zręcznie skleconą, melodyjną i inteligentną muzykę na pewno powinien dać płycie szansę. Chcących usłyszeć zespół w najlepszym wydaniu odsyłam do opublikowanej za darmo w sieci tegorocznej koncertówki 30 Years Live. Albo, jeśli się nadarzy okazja, kieruję prosto na koncert.
Na koniec tego wszystkiego nasuwa mi się pewna myśl. Jak wspomniałem, przez nieprzewidziany rozwój wypadków nie dostąpiłem okazji zobaczenia supportów sierpniowego koncertu. W relacjach doszły mnie głosy o pięknych chłopcach z Billy Talent i piszczących nastolatkach. Nie wiedzę w tym nic złego, zastanawiam się jednak, czy takie zespoły będą za ćwierć wieku przyciągać i elektryzować ludzi. Wyciskać prawdziwe łzy z punkujących gołowąsów i poważnych panów, którzy dotarli na koncert prosto z warszawskiego biurowca (oba przypadki widziane rzeczonego wieczoru). Ba, czy którykolwiek z początkujących i wybijających się dziś wykonawców będzie w stanie obchodzić swoje 30-lecie z takim wykopem, nosząc siwe włosy i łysinkę z taką dumą i gracją? Czy raczej wszystko będzie się kończyć szybko, przedwcześnie stając się wyeksploatowanym i zgorzkniałym, niczym autobusowe utarczki starego małżeństwa?