czwartek, 17 marca 2011

Sorry Boys 16.03.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Podobno Mick Jagger i Keith Richards trafili kiedyś na wczesny, klubowy występ Jimi’ego Hendrixa, który nazwali później najbardziej rozerotyzowanym show, jaki w życiu widzieli. Nieco innej, niemniej podobnie uderzającej epifanii doznałem zeszłego wieczoru w Minodze. Występ Sorry Boys był najbardziej zmysłowym, jakiego dotychczas uświadczyłem.
            Zaznaczę, z miejsca, że o ile Hendrix bazował na prymitywnej, nieujarzmionej seksualności, tak muzyka zespołu i, co tu dużo mówić, cała sceniczna persona wokalistki Izy uderza w struny nie tyle instynktów, co zmysłów. Transcendentalny, hipnotyzujący, ognisty – same klisze nasuwają mi się na język, czuję się bowiem beznadziejnie bezradny próbując streścić w elementarnych słowach jej śpiew i charyzmę. Głos Pani Izy to coś z innego świata, mniejsza o to, że o monumentalnej mocy i kolosalnej skali - tak bardzo natężony jest emocjami, że przez cały koncert nogi uginają się pod niespodziewającym się czegoś tak intensywnego (przeklinam swoją ignorancję!) autorem. Czasem bardzo ekspresyjny, na granicy krzyku, czasem melancholijnie zawodzący, czasem, nie bójmy się tego określenia, rozczulająco słodki. W powietrzu iskrzy nie tylko od dźwięku – wokalistka na scenie żyje muzyką, obłąkańczo wręcz roztańczona. Swoim zmysłowo zachrypniętym głosem elektryzuje nawet odprawiając nieśmiałą konferansjerkę między utworami.
            Gdy sparaliżowany z wrażenia podziwiam te sceniczne ekscesy, dotychczas dziwnie apologizująca płeć brzydką nazwa nagle nabiera dla mnie nowego znaczenia. Nie jest to występ, na jaki zabrałbym obiekt westchnień – swoją ekspresją i nieokiełznaną energicznością wokalistka nonszalancko wręcz skrada całą uwagę. Sugestywność Pani Izy na scenie sprawia, że sam autor tekstu spuszcza chwilami czoło i wzrokiem lata między butami. A pierwotnie nie mogłem się nadziwić, że ktokolwiek próbuje określić tą muzykę mianem shoegaze!
            Czułbym się strasznie niezręcznie ograniczając relację do głoszenia peanów ku wokalistce, zostawiając bez słowa towarzyszący jej ensemble. Faktem jest, że żaden, nawet TAKI głos nie uratowałby muzyki wątłej i nieciekawej. Zespół tworzy jednak doskonałą przeciwsiłę dla popisów Pani Izy. Świadomą swojej roli, ale nie schowaną w tle, prostą w formie, ale bardzo wyrazistą. Sorry Boys stanowi też doskonały wzorzec dla zespołów, które próbują przeszmuglować elektronikę na łamy muzyki gitarowej. Zabawy w stylistyczny eklektyzm i nadużycia grożą śmiesznością, tutaj zaś, stosowana oszczędnie i ze smakiem – dodaje należytej pikanterii. 
            Płyta, którą w ramach pokuty za dotychczasową niewiedzę skruszony zakupiłem, wypełniona jest po brzegi znakomitymi numerami. Choć krótkimi, trzymającymi się 3-4 minutowej formuły, pękającym w szwach od fenomenalnych pomysłów. Co najważniejsze, tworzącymi spoisty koncept, okraszony nieprzerwanie frapującą atmosferą. Często ze szczyptą orientu (zagrany na koniec koncertu, kompletnie miażdżący "Salty River"), miejscami przepełniona dramatyczną melancholią ("Chance", "Trains Go Everywhere"). Jednakże zdarzają się też numery po prostu bezpretensjonalnie przebojowe, serwowane z prostą, popową subtelnością ("No Saviour"). W każdej formie brzmią przekonująco, choć nie wiem, czy tak mocno oddziaływałby teraz na mnie ten materiał, gdyby nie moje wczorajsze zetknięcie z tą muzyką w Minodze. Niech osoby mające jakiekolwiek wątpliwości po przesłuchaniu płyty potraktują to jako drobną wskazówkę.
            Sorry Boys to istny klejnot na rodzimej scenie, wciąż gigantyczny potencjał (zagrany w pewnym momencie koncertu nowy utwór wgniata w podłogę) i już teraz absolutny koncertowy fenomen. Zjawisko wyrastające wysoko ponad krajowe podwórko. Z takim show można śmiało ruszać na podbijanie świata. Jeśli Mysticowi nie uda się odpowiednio wypromować tego zespołu, z mojej strony mogą spodziewać się koktajli Mołotowa wlatujących przez okna siedziby.


wtorek, 15 marca 2011

Nie graj tego więcej, Woody.

           Z początku jedynym efektem, jaki pozostawił po sobie w mojej głowie You Will Meet a Tall Dark Stranger, ostatni film Woody’ego Allena, było rozbrzmiewające w niej żałosne solilokwium, w którym zadawałem sobie pytanie - czemu wyrządzam sobie taką krzywdę? Lektury kolejnych jego paszkwili nie uczą mnie niczego, wciąż, kierowany może to ziarenkiem nadziei, może strzępkami sentymentu, daję szanse jego nowym filmom, raz po raz przeklinając później autora i własną naiwność. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że nie do końca w czczonym kiedyś przeze mnie reżyserze tkwić musi odpowiedzialność za gorycz tej klęski.
            O ile ciągle trafiam na zarzuty, jakoby mocno zmęczony już Woody zjadał od lat swój ogon, uważałem dotychczas, że fiasko każdego kolejnego filmu leży w odrębnym czynniku. I rzeczywiście, problemem najnowszego obrazu nie jest to, że serwowane jest nam coś w wyjątkowo złym smaku, jak to było choćby w przypadku Whatever Works, popłuczyny po własnych majstersztykach w Scoop, czy chybiony eksperyment w nietypowej konwencji (Cassandra’s Dream). Nowy Allen jest tak bezbarwny, że nie można nań dokonać nawet krytycznej analizy. Jest pusty jak wydmuszka, przy czym za skorupkę robi tu czarno-biała czołówka filmu, jedyna rzecz pozostała po wybitnym niegdyś stylu. Pozbawiony jednej choćby humorystycznej sceny, jednej udanej postaci, jednej komicznej linijki dialogu, You Will Meet a Tall Dark Stranger może też po prostu sprawiać wrażenie fuszerki, tworzonej z jakąś cyniczną premedytacją. Może w zamyśle, że widownia staje się coraz mniej wymagająca i potrzebuje jedynie popitki dla multipleksowego popcornu? Może ze świadomością, że przyciągani nazwiskiem zapaleńcy liczą na jeszcze jedno tchnienie geniuszu, niezniechęceni chudymi latami?
            Obie rzeczy przeszły mi przez myśl, ostatecznie sądzę jednak, że ostatnie filmy Allena po prostu zostały naznaczone duchem czasu. Bawiąc się w robienie filmów, zmuszony jest sięgać po coraz uboższe środki. Spora w tym wina agonii rzemiosła aktorskiego. Nawet co bardziej przyzwoici pozbawieni są uniwersalności, dzięki której swego czasu reżyserowi uchodziło na sucho nawet umieszczanie Diane Keaton w kilku kolejnych filmach. Niestety, próżno szukać uroku i charyzmy Keaton w nowo ochrzczonych muzach pokroju Scarlett Johansson. Poszukiwania kogoś, kto zapełniłby lukę powstałą po paranoidalnym neurotyku, granym dotychczas głownie przez samego Allena, kończą się na tym, że znośnie wypada jedynie Larry David. Nie dość, że również nieco już sędziwy, to po fachu scenarzysta, nie aktor. Podobnie sprawy mają się z tłem filmów, jakże kluczowym przecież w lwiej części jego dorobku. Osobliwą atmosferę Nowego Jorku trafił szlag, zagubiony Woody skacze więc między Londynem, Barceloną i Paryżem. W żadnym z tych otoczeń nie potrafi odnaleźć się tak, jak na ulicach Manhattanu.
             Co najbardziej mnie w tym wszystkim boli, przesłanie filmów pozostaje takie samo, serwowane jest jednak w możliwie najbardziej uproszczonej formie. To wciąż trywializowanie ludzkiego życia i pozornie wiązanych z nim wartości, naśmiewanie się ze słabostek i obowiązkowe przypominanie, że nie ma nic gorszego, niż życie u boku neurotyka. Niestety, wszystkie postaci w You Will Meet... są płytkie, pozbawione krzty charakterystyczności. Kiedyś, mimo iż często przerysowane, nadawały jego kinu formę karykatury, oglądało się je niczym własne, zdeformowane portrety, wykonane przez promenadowego rysownika. Oszpecone, ale fascynująco znajome, gorzkie, ale też o właściwościach katarycznych. Dziś, nawet odgrywane przez aktorów pokroju Anthony Hopkinsa, nie wzbudzają ani politowania, ani zrozumienia.
            Wolałbym, by swój łabędzi śpiew, a ten wkrótce będzie musiał zabrzmieć, Pan Allan Konigsberg odegrał już na klarnecie. Z czystym sercem stwierdzam, że nie będzie mi go brakowało. Nie sądzę bowiem, by kiedykolwiek znudziło mi się Annie Hall. Odświeżenie tego filmu polecam jako alternatywę dla zgrzytania zębami przy You Will Meet a Tall Dark Stranger.

wtorek, 8 marca 2011

Mouse on the Keys 6.03.2011, Poznań, Blue Note.

            Z pewnością nie jestem jedyną osobą napotykającą powikłania przy przyswajaniu szeroko pojętej kultury japońskiej. Tłumaczyć można to tylko i wyłącznie moją wrodzoną kaukaską ignorancją. Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Takim jest z pewnością literatura Harukiego Murakamiego, którą ostatnio namiętnie chłonę. Oddzielna sprawa, że pozbawiona jest ona, że tak to eufemistycznie ujmę, egzotyki  japońskich obyczajów. Bohaterowie jego książek piją whisky, słuchają Dylana i Coltrane’a, czytają Conrada. Wszystko jest mocno zainspirowane, czy też, jakby powiedział ktoś niechętnie nastawiony do tego typu  wpływów, splugawione okcydentalizmem. Podobnie sprawy mają się w przypadku goszczącego w Blue Note Mouse on the Keys. Zespół ten mółby powstać w Nowym Jorku. I, przynajmniej do pewnego momentu, nie wysyłali donośniejszych sygnałów przypominających, że pochodzą z kraju, w którym masowo sprzedaje się dietetyczną woda i kwadratowe arbuzy.
            Pochodzenie zespołu na bok, w przypadku Mouse on the Keys najbardziej zaintrygował mnie skład zespołu. Perkusja i duetu klawiszy zabierający się za mieszankę jazzu i post-rocka? Brzmi jak rzucanie się z motyką na słońce, a takie ekscentryczne zakusy zawsze sobie cenię. W Blue Nocie czekają mnie jednak niespodzianki. Pierwsza, jeszcze zanim panowie pojawili się na scenie, to wieść o dokooptowaniu saksofonu i klarnetu, pozornie więc małe rozczarowanie. Druga zaprząta mi głowę już w trakcie występu. Zastanawiam się mianowicie, gdzie w tej muzyce podziewa się ten cały post-rock (oddzielna sprawa, że najmędrsi sensei nie potrafiliby zdefiniować tej paskudnej etykiety.)? Pułapką jest też nazwa zespołu. Japończycy z pewnością nie brzmią jak gryzoń biegający po klawiaturze. Grają muzykę poukładaną, zakorzenioną nie tyle w tradycyjnym jazzie, czy też jego bardziej eksperymentalnych odmianach, co dążeniach ku jego symplifikacji sprzed kilku dekad. Kojarzy mi się z jazzem lat 80, gdy Miles Davis flirtował z popem, a Frank Zappa przywdział krawat i nagrywał kurioza pokroju Jazz From Hell. Jedynie miejscami smakowitej szczypty free-jazzowej finezji dodawały dęciaki, na które z początku nieco grymasiłem.
            Na oddzielny akapit zasługuje perkusista zespołu. Istny wulkan energii, chirurgicznie przy tym precyzyjny - czegoż jednak innego można by spodziewać się po kimś, kto nazywa się Akira Kawasaki? Skory do popisów solowych, doskonale radzi sobie również trzymając miarowy rytm przy co spokojniejszych pasażach, choć widać było, że chwilami tłumi wręcz w sobie swój zwierzęcy żywioł, eksplodując później przy kakofonicznych kodach.             
            Ku rozczarowaniu autora, drobne mankamenty popsuły nieco koherencję występu. To, że koncert podzielony zostanie na dwa sety zapowiedziano jeszcze przed jego rozpoczęciem, nie spodziewałem się jednak, że przerwa nastąpi po ledwo 30 minutach. Co więcej, owe entr’acte również trwało około pół godziny. Faktem jest, że muzycy wrócili na scenę bardziej ożywieni, rozradowani i rozgadani, deklarując nawet swoją miłość do publiki. Ciężko powiedzieć, czy odzywało się w tym momencie prawdziwe uczucie, czy raczej sake. Na szczęście, o ile zwykle kwaszą takie intermisje atmosferę występu, w tym przypadku nie wpłynęła ona na performance muzyków. Wciąż uderzająco zwięzły, przemyślny technicznie, ale i wierny prostocie kompozycji, pozbawiony efekciarstwa. Niestety, drugi akt również trwa raptem pół godziny. Zespół wraca jeszcze na króki bis, niespecjalnie chyba planowany i poważny... ale z pewnością mogący zawstydzić ich rodaków z S.O.B.
            Chwila zakłopotania wywołanego japońskim poczuciem humoru nie zmienia faktu, że, podobnie jak Murakamiemu, muzykom z Mouse on the Keys do twarzy z wpiętymi w marynarki przypinkami z podobizną Wuja Sama. Czego nie próbują kamuflować – Pan Kawasaki nawet odlicza numery w języku angielskim. A solidny jazz brzmi dobrze pod każdą flagą.

wtorek, 1 marca 2011

Diablę w złotym naszyjniku. Anna Calvi - Anna Calvi.


Wywodzę się z rodziny, której członkowie charakteryzują się zatwardziałą monogamicznością – pełna jest długich, szczęśliwych, co więcej, wolnych od rutyny i znużenia małżeństw, na które aż miło się patrzy. Wygląda na to, że i ja odziedziczyłem po poprzednich pokoleniach tą tendencję. Wbrew pozorom, w przełożeniu na codzienne życie uważam ten fakt za swoją osobistą hamartię. Inaczej sprawy mają się w kwestii rozlokowywania uczuć pomiędzy moimi muzycznymi fascynacjami. Mówiąc bez ogródek, dość rozwiązły ze mnie facet. O ile Hłasko pisał, że miłość w życiu zdarza się tylko raz, a wszystko następujące potem jest tylko szukaniem tejże utraconej, tak w swoich muzycznych poszukiwaniach co rusz natrafiam na nimfy, którymi fascynacja przynajmniej tymczasowo zapełniają ubytki w duszy i umyśle, których nie wypełni, dajmy sobie na to, Iggy Pop. Mélanie Pain, Julia Marcell, Cat Power – kobiecość, subtelność i magnetyzm tych artystek nadaje ich twórczości dodatkowego wymiaru, niemalże namacalnego, rodzącego jakby pozamuzyczną fascynację.
Debiut Anny Calvi, lakonicznie zatytułowany Anna Calvi, uderza w serce spragnionego wyżej wymienionych „doznań” faceta jak grom z jasnego nieba. Nawet odstawiając na bok mój osobliwy stosunek do kobiecych artystek obiektywnie muszę stwierdzić, że mamy tu do czynienia z czymś więcej, niż obiecującą debiutantką. Po pierwsze, nie pamiętam roku, w którym równie wcześnie potrafiłbym bez zawahania wskazać murowanego kandydat do grona najlepszych płyt 2011. Po drugie, styl tej Brytyjki już teraz sprawia wrażenie wykrystalizowanego i świadomego. Co rzadko można powiedzieć nawet o najlepiej prosperujących żółtodziobach.
W wywiadach cicha i nieśmiała, jej sceniczna persona sprawia wrażenie istoty niemalże diabolicznej, nawiedzonej nimfetki w surowym, prowokująco uwodzicielskim makijażu. Na każdym zdjęciu promocyjnym z jej szyi zwisa złoty naszyjnik, który na okładce płyty układa się w godność artystki. Choć śpiewa delikatnie, czasem szepcąc, w lirykach nie wykraczając ponad miłosne klisze, przez całą płytę unosi się nad tą muzyką niepokojąca aura. Czy można styl Pani Calvi nazwać, sklasyfikować? Radzę odpuścić sobie wszelkie próby. Z drugiej strony, choć wpływy można wyczuć wielorakie, z pewnością nie mamy tu do czynienia z gatunkową hybrydą. Muzyka nasiąknięta jest inspiracjami, pozostaje jednak spójna, perfekcyjnie wręcz uformowana. Czasem pełna dźwiękowego przepychu, miejscami minimalistyczna, ale zawsze daleka od wiecznie modnego stylu low-fi. Jest coś z patosu pieśni Edith Piaf, jest trochę Cave’owskiej dekadencji. Co najbardziej się rzuca w uszy (i do czego przyznaje się sama artystka), słychać na tej płycie olbrzymią fascynację muzyką filmową. Można odnieść wrażenie, że nie tyle jest to zbiór piosenek, co konceptualna ścieżka dźwiękowa. Dzięki zręcznemu balansowaniu między nastrojami, wyjątkowo przy tym uniwersalna. Dokonania Anny Calvi równie dobrze sprawdziłyby się w spaghetti westernie, filmie noir, a nawet burzliwym romansidle, choć w gruncie rzeczy wszystkie trzy gatunki zostały już dawno uśmiercone. I rzeczywiście, Anna Calvi wznosi się wysoko ponad panujące aktualnie trendy muzyczne.
Pani Calvi zaczyna odważnie, solowym popisem gry na gitarze w instrumentalnym "Rider to the Sea". Zmysłowym sposobem budowania napięcia przypominającym nieco pierwsze nuty "Down to the Waterline", utworu otwierającego inny genialny debiut, tytułowy krążek Dire Straits. Gdzieś pojawia się chór, w tle grzmiące kotły. Z czasem przechodzi w szaleńcze crescendo, które, choć zdaje się, że za chwilę wybuchnie kanonadą dźwięków, nagle brutalnie urywa się. Spośród konsternującej ciszy wyłania się "No More Words". Paradoksalnie, właśnie tutaj pojawiają się pierwsze słowa. Jest to, eureka, wyznanie miłości, niemalże szeptane. W uwodzicielskiej artykulacji Calvi drzemie jednak coś niepokojącego, sprawiającego, że jeży się włos na karku. Udział akompaniamentu artystka racjonuje wyjątkowo utylitarnie. Chwilami głosowi wokalistki wtóruje tylko gitara i jej intensywny pogłos, utwory często oparte są na jednostajnym, siermiężnym rytmie perkusji. Smaczki pokroju partii smyczków stosowane są w sposób idealnie wysublimowany. Chwała niebiosom, gdyż ich nadużycie często zapędza kombinatorów w kąt pretensjonalności. Zdarza się, że to właśnie te małe drobiazgi dodają tej muzyce kinematograficznego rozmachu, który wręcz zapiera dech w piersiach w utworach takich, jak "First we Kiss", czy "I'll be Your Man". Rozmach owy swój zenit osiąga w finałowym "Love Won't be Leaving". Brzmi on jak epilog filmu i takie wrażenie pozostawia po sobie cała płyta – doznania wykraczającego ponad dźwiękową rozkosz.
I pomyśleć, że to dopiero początek! Ciężko jest dopuścić do siebie myśl, że obcujemy tu z debiutantką, która może mieć przed sobą lata artystycznej ewolucji. Kto wie, może z czasem okaże się tą „częścią bożego planu”, jak to niektórzy mówią, która wyleczy mnie z muzycznej poligamii? Na razie pozostaje dla mnie niekwestionowaną królową roku 2011 i, choć to szmat czasu, wątpię, by jakakolwiek niewiasta mogła jej zagrozić w ciągu pozostałych 10 miesięcy.

piątek, 25 lutego 2011

Łąki Łan 24.02.2011, Poznań, Blue Note.

            Od dawna dziwiła mnie imponująca popularność Łąki Łan. Nie dlatego, bo uważam fenomen kapeli za nadto rozdmuchany. Przy niezaprzeczalnej dziarskości tej muzyki, miejscami odbieram ją jako wyjątkowo ciężkostrawną, wydawałoby się więc, że trwoniącą tym samym komercyjny potencjał. Cóż z tego, skoro udaje im się załapać na kontrakt z majorsem, a ludzie tłumnie przybywają na koncerty. I nie zniechęca ich nawet niefortunny termin, kolidujący z poważnym (nie dla wszystkich, jak się z czasem okazało) meczem.
Przyznam, że miałem mocno mieszane  uczucia po lekturze płytki ŁąkiŁanda. Brzmi ona jakby Frank Zappa, George Clinton i Prince spotkali się przy wódce z Polmosu. Energiczna, zrobiona z wyobraźnią, momentami jednak tak frywolnie eksperymentująca z tandetą, że ciężko jest dociec, czy jest to poważne granie, czy jedynie pastisz. Nie grzeszą też panowie z Łąki Łan oryginalnością. Flirtując z kiczem nie wynajdują krojonego chleba, a absurdalnymi tekstami i imydżem jedynie wpisują się w specyfikę rodzimej sceny okołalternatywnej (a więc wszystko od D4D i Pogodna, przez Marię Awarię i jej podobne, aż po Super Girl & Romantic Boys). Faktem jest, że nie dane mi było dotąd zobaczyć zespołu na żywo, a tu i ówdzie natrafiałem na opinie, jakoby właśnie na scenie (i tylko tamże) panowie uwalniali prawdziwą esencję swoich muzycznych wynaturzeń. Postawiłem więc wszystko na jedną kartę i zawitałem do Blue Note z nadzieją, że koncert rozpocznie się punktualnie o 19.30 i skończy się przed 21, dzięki czemu załapię się na początek transmisji z Bragi. Czas pokazał, że z początku przeklinane opóźnienie ostatecznie okazało się błogosławieństwem.
             Żadnych supportów, żadnych hucznych zapowiedzi, zaczynają krótką instrumentalną uwerturą. Od razu nasuwającą skojarzenia z latami 80-tymi - brzmi ona jakby przyśpieszone Astradyne Ultravox. Po chwili na scenie pojawia się wodzirej, Paprodziadem zwany, a wygląda on jak skrzyżowanie George'a Clintona i najgorzej ubranego dzieciaka na balu przebierańców w podstawówce. Zresztą, czego to nie ma scenie – służąca za bidon różowa konewka, pluszowe węże, plastikowe skrzydełka (opychane jako merchandise zespołu!). Panowie z miejsca imponują mi swoim poświęceniem dla sztuki, bo czymże innym jest paradowanie w ciemnym klubie w okularach słonecznych?
Wszystko to może wydawać się mocno pretensjonalne, ale, rany boskie, kto by na to zwracał uwagę, gdy ci szarlatani odpalają petardę w postaci "Propagandy" i pokazują, że naprawdę wiedzą, o co w funku chodzi? Zarzuty braku odkrywczości można odłożyć na bok, nie od dziś bowiem wiadomo, że nie jest ważne co grasz, ważne jest jak to robisz. A Panowie z Łąki Łan fach swój znają i bez wątpienia mają go w swoich łapach. Cóż z tego, że naciągają na nie przy tym badziewne pacynki?
            I taki jest cały koncert. Konkretne, oparte na masywnych, bujających beat’ach wałki przeplatają się z pasażami rodem z tandetnego euro-disco i cytatami z House of Pain. Kompletnie zacierają się granice pomiędzy farsą a poważnie wyrafinowaną muzyką - tyle samo w dokonaniach Łąki Łan Franka Kimono, co zelektryzowanego jazzu w stylu jazd Herbiego Hancocka z lat 80. Kiedy przy co bardziej krępujących momentach głowię się, czy nie jest to po prostu napinka, tłum bawi się bez chwili wytchnienia. Pozostaje mi zaufać vox populi. Problemem najwyraźniej jest mój przaśny gust muzyczny.
Wszystko na scenie świeci i błyszczy jaskrawymi kolorami. Choć momentami ciężko jest nie zgrzytnąć zębami, wszechobecny entuzjazm udziela się i mi, do tego stopnia, że przestaję zamartwiać się faktem, że w międzyczasie rozpoczyna się niecierpliwie oczekiwane spotkanie (choć nie wiem wtedy jeszcze, że jest to żałosny pokaz bezradności, psiakrew!). Po godzinie grania panowie odbywają rutynowy rytuał opuszczenia sceny i szybkiego powrotu na bis, a nawet dwa, przy czym trwają one łącznie… blisko 40 minut. Panowie serwują już naprawdę ciężką artylerię. Długie, oparte na jednostajnym rytmie numery zamieniają Blue Note w dyskotekę.
Muzyka Łąki Łan jest, jednym słowem, niepoważna. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Wolę, by pojęcie błazenady kojarzyło mi się z ich sowizdrzalskimi wybrykami, niż osłabianiem walczącej o olbrzymią stawkę drużyny kretyńskim wślizgiem w środku boiska.

środa, 23 lutego 2011

Halla Norðfjörð 21.02.2011, Poznań, Meskalina.

Ludziom zdarza się wytykać mi, że sprawiam wrażenie osoby nieprzerwanie zafrasowanej i grymaśnej. Walczę z tą etykietą jak tylko mogę. Mówi się, że jesteś tym, co jesz, sam od dawna uważam (i z pewnością nie jestem sam w tym poglądzie), że podobnie jest z muzyką. Jako oręż w walce ze swoim wizerunkiem zmaltretowanego zrzędy stosuję więc wprowadzanie większej ilości pogodnych nagrań w swoim codziennym soundtracku, ograniczając częstotliwość bardziej przybijających smętów. Mniejsze dawki Swans, więcej Ramones i przynajmniej twojemu współlokatorowi żyć się będzie z tobą lepiej. 
Nie wiem, czy wspomniana zrzędliwość ma z tym jakiś związek, ale, jak zdarzało mi się tu napomknąć, znalezienie towarzystwa do koncertowych eskapad graniczy w moim przypadku z cudem. Zdarzył się jednakże dziw. Tym razem rozsiadałem się przy meskalinowym stoliku w towarzystwie dwóch dobrych amigos, od lat wyróżniającym się wyjątkową wyrozumiałością dla mojej nieprzerwanej frustracji. Witająca w Poznaniu Halla Norðfjörð jest dla nas wszystkich postacią mocno enigmatyczną. Swoim wypełnionym dźwięcznymi spółgłoskami zębowymi nazwiskiem firmuje jedynie garść amatorsko nagranych próbek, opublikowanych na myspace.
Z właściwą dla samczego towarzystwa gracją, całą trójką oddajemy się naszym prymitywnie zmaskulinizowanym dialogom i sączeniu piwa. Gdy jednak Islandka nieco niezręcznie rozsiada się na osamotnionym krześle, nasze obcesowe jadaczki milkną. Nie tylko dlatego, bo usilnie staramy się stworzyć pozory dobrego wychowania. W odróżnieniu od uprawiających demagogię dla mas zespołów, świadomi swojej roli muzycy występujący w pojedynkę zmierzają do nawiązania bezpośredniego, intymnego niemalże kontaktu z pojedynczym słuchaczem, miast zebranym zwałem ludzi. Choć to zamierzona iluzja, mam wrażenie, że złotowłosa piewczyni śpiewa do mnie i tylko do mnie. I zdaje mi się, że podobne wrażenie odnosi każda osoba w klubie, gdyż mimo ciężkiej do skrycia tremy, wychodzi ta sztuczka Pani Halli doskonale. Nawet gdy cichną oklaski pomiędzy utworami, w klubie nastaje takie milczenie, że słyszę procesy trawienne dochodzące z żołądka ulokowanego obok towarzysza.
Gdyby zależało mi na pokazaniu swoim kamratom, że moje gusta muzyczne wykraczają poza cierpiętnicze lamentowania Black Flag, zdawać by się mogło, że z miejsca skazuję się na porażkę. Muzyka Pani Norðfjörð naszprycowana jest emocjami. A że, niefortunnie się składa, największą potrzebę wylewności przynoszą te mniej przyjemne, rzewne nuty wyraźnie dominują tego wieczoru w Meskalinie. Delikatny głos Islandki nie zaraża jednak przygnębieniem. Zamknięta w prostych, akustycznych akordach melancholijność tych dźwięków krzepi, miast posypywać rany solą.
Nieśmiała artystka grając rzadko spogląda przed siebie. Nie podnosi wzroku z podłogi nawet wzywana na bis. Mimo to, każdy utwór dostarcza z wyjątkową siłą i stanowczością. Poraża fenomenalne "Good Ones", w którym napiętnuje islandzkie władze. Choć ostatnio często ląduję na występach aspirujących bardów, dawno nie trafiłem na kogoś kontynuującego nieodżałowaną tradycję dylanowskich protest songów. Jeden utwór zapowiedziała Pani Holla jako pieśń o elfach, powstałą na kompletnym odludziu podczas sesji ze świeżo poznanymi muzykami. Introdukcja sugerowała efekt cudacznych odjazdów, powstałych pod wpływem środków odurzających. Tymczasem tekst ponownie zabrzmiał jak aluzja do trawionej przez paskudny kryzys finansowy wyspy. Oczywiście, mogłem podjąć próbę potwierdzenia swoich podejrzeń zwracając się bezpośrednio do artystki, uwięzionej przez antynikotynową regulację za przysłoniętym kotarą przejściem o toalet. Czemu tego nie zrobiłem? Widać jestem jeszcze bardziej bojaźliwy niż Islandka.
Intrygującą ciekawostką były kompozycje odśpiewane w subtelnie zawodzącym rodzimym języku Pani Norðfjörð. Choć nie rozumiem słowa, brzmią one fascynująco, mistycznie, nawet, jeśli w rzeczywistości za lirykę robią w nich przepisy na zupy rybne.
W brodę sobie pluję, że nie udało mi się zapamiętać absolutnego highlightu występu (świta mi, że było to coś w stylu "Lover Gone Mad"). Miejscami hipnotyzująco melodyjny, po chwili przechodzący w totalną dysharmonię, po raz kolejny okraszony mocnym tekstem. Nawet utwór zagrany pod koniec, a zapowiedziany jako "stupid love song" naładowany jest takim uczuciem, że ciężko zarzucić mu ckliwość.
Utylitarnie zapakowane w biały papier cd-r’y z zapisaną czarnym flamastrem godnością autorki rozchodzą się po koncercie jak ciepłe bułeczki. Paru nieszczęśników zostaje z pustymi rękoma. Imponujące to, zwłaszcza, że cały czas piszę tu o artystce objeżdżającej świat nie opublikowawszy oficjalnie jakiegokolwiek materiału. Czy mimo wspominanej parokrotnie nieśmiałości ma szansę Pani Norðfjörð wypłynąć na szersze wody? Udało się cierpiącej na chorobliwą tremę Cat Power, czemu miałoby nie udać się złotowłosej Islandce? Predyspozycje w postaci fantastycznych utworów i frapującego głosu ma. 

środa, 16 lutego 2011

Mademoiselle Karen 14.02.2011, Poznań, Meskalina.

Zapchana po brzegi w walentynkowy wieczór Meskalina jest świadectwem tego, że pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Pozostaję utwierdzony w przekonaniu, że nie ma lepszego sposobu na tzw. „dobicie targu”, jak zwykł nazywać to Chris Rock, jak wyciągnięcie partnerki na miasto w celu zażycia kultury. Zaznaczę, że nie nabijam się tu z kogokolwiek. I autorowi w przeszłości zdarzało się być winnym stawianych tu zarzutów. Nawet, jeśli nie było to dokonywane z premedytacją.
            Żarty (zdaję sobie sprawę, że wyjątkowo prymitywne) na bok. Rozpaczliwie szukając miejsca siedzącego, w akcie desperacji ląduję tak blisko sceny, że czuję się, delikatnie mówiąc, niezręcznie. Zupełnie jak na kolejnym oblewanym egzaminie ustnym z PNJA, bądź bezowocnej rozmowie kwalifikacyjnej. A na scenie dzieje się tak dużo, że z trudem wyłapuję jak trio, a chwilami kwartet muzyków odtwarza wielowarstwowy materiał, rozpoczęty rozszalałym numerem tytułowym z debiutanckiego Attention. Choć "przy nadziei", Panna (?) Karen wygina się między mikrofonami, zmienia dęciaki co utwór, nie pozwala sobie na chwilę oddechu nawet gdy w ich obsłudze pomaga jej koleżanka (również w stanie błogosławionym!). Ansambl pozbawiony jest konwencjonalnej sekcji rytmicznej. W pojedynkę, ale ze zdwojoną siłą napędzany jest przez perkusistę o prezencji nordyckiego drwala, ubranego w marynarkę i w dziurawych skarpetkach. Okłada zestaw z siłą, z jaką mógłby rąbać świerki, co w kontekście rozbujanej jak tango muzyki mogłoby doprowadzić do dysonansu. Jest jednak inaczej, śladem jego kanonady wszyscy na scenie dwoją się i troją, napełniając muzykę olbrzymią witalnością. Cały występ sprawia wrażenie niemalże improwizowanego. Oglądając to wszystko z odległości metra jestem na skraju napadu oczopląsu.
            Choć bez wątpienia przyjemny, debiut Panny Karen pierwotnie nie zrobił na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Jakkolwiek, uważam ujrzenie jej wesołej świty na żywo za absolutny obowiązek. Tyczy się to zwłaszcza osób, które podobnie jak ja napotkały problemy z przyswojeniem kabaretowości jej muzyki. W Meskalinie chłonę ją bezwarunkowo. Aura kabaretu unosi się w powietrzu przez cały występ, mimo czarnych strojów i deszczowego teledysku puszczonego w tle singlowego "Autobus", również przy paru bardziej melancholijnych utworach pokroju „Lonely Lea”. Te przeurocze melodie brzmią równie naturalnie okraszone śpiewem w języku francuskim, duńskim, polskim, czy gdy zamieniają się w onomatopejowy cyrk w zaserwowanym na koniec „Ouaf, Ouaf”.
Przy tych poliglotycznych zapędach Panny Karen trzeba pamiętać, że lwia część materiału tworzona jest w języku francuskim i nutę inspirowana tym właśnie krajem rozbrzmiewa w dokonaniach Dunki najczęściej. Dla kogoś mogłaby być to tylko próba imitacji, ciekawostkowy ersatz. Tymczasem jest to raczej hołd oddawany francuskiej kulturze przez tych skandynawskich kabareciarzy. Jest w tych nutach coś z chromatyczności francuskiego kina, z tym, że mam tu raczej na myśli bezpretensjonalne dzieła Jean-Pierre Jeuneta, niż prowokującą szmirę Patrice Chéreau. Czy odtwarzanie francuszczyzny przez Duńczyków w Kraju Lecha może spotkać się z większą aprobatą? Hej, zdarzało mi się jeść świetne crossants i w Poznaniu.
Reasumując, nie wierzę, by zabranie obiektu swoich westchnień na taki koncert mogło nie skończyć się, znowu zastosuję marketingową terminologię, zawarciem transakcji. Wbrew pozorom, gdy szło się rozejrzeć dogłębniej, ogólna atmosfera w klubie miejscami daleka była od walentynkowej i towarzyszących temu świętu wzdłuż i wszerz namiętności. Było miast wyjątkowo… rodzinnie. Sporo osób pojawiło się w Meskalinie ze swoimi dziatkami. Jak daję słowo, tylu nieletnich na koncercie nie uświadczyłem od kiedy trafiłem na występ Włochatego.