poniedziałek, 17 października 2011

Najważniejszy, najpotężniejszy, Irański.


            Sztuka, artyzm, kultura, popkultura, kontrkultura, zwał jak zwał, wpływ, jaki te zjawiska mają na nasze życie jest zatrważająco olbrzymi. W moim przypadku jest on stanowczo zbyt duży, żeby nie powiedzieć, największy spośród wszystkich czynników w jakikolwiek sposób mnie kształtujących na przestrzeni lat. W wieku 20-paru lat ciężko jest uważać siebie za człowieka rozumiejącego świat. Jeśli jest inaczej, cóż, można mówić w tym przypadku o sporym pechu. Ci co szczęśliwsi mogą do tego czasu z dumą przyznawać się do oświecających, otwierających oczy epifanii, odkrywaniu dzieł rozpoczynających nowe rozdziały w ich krótkich żywotach, nadawać wszystkiemu jakąś ceremonialną rangę. Wszyscy wyciągamy dużo z lektury Dostojewskiego, moralizatorstwa Kieślowskiego, z wypiekami na twarzach wysłuchujemy i rozumiemy rozliczającego się ze swoim życiem Boba Dylana. O balaście, jakim jest poczucie winy dowiadujemy się z literatury Andrzejewskiego, nasze frustracje rozumiemy i akceptujemy dzięki Allenowi, a to, że miłość rozrywa nas na strzępki dociera do nas dopiero za pośrednictwem konfesji Iana Curtisa. Czytamy, oglądamy czy słuchamy jednak hiperbolizacji, rzeczy, które w pierwszej kolejności potrzebują sztuki jako ogniwa, które te idee czy emocje przekonwertuje. Nic to więcej, jak mniej lub bardziej ambitna zabawa w mimetyzm. Sztuka nas krzepi, otacza troskliwym zrozumieniem, które rzadko kiedy przynosi szczerząca zębiska rzeczywistość. Ale to właśnie ten parszywy świat doczesny z czasem uczy nas prozy życia, w najprostszy, ale i najboleśniejszy sposób. Asghar Farhadi, twórca Rozstania zapomina o limitach narzucanych przez dwuwymiarowość sztuki. Zabiera się za swoje rzemiosło gołymi dłońmi, nie posiada żadnych instrumentów, przerysowuje rzeczywistość w sposób najbardziej werystyczny. I osiąga efekt, z którym w kinie jeszcze się nie spotkałem.
            Rozstanie nie jest obrazem, który potrafiłbym przeanalizować pod kątem aktorstwa, reżyserii, czy ogólnie formy, jakkolwiek znakomita by nie była. Porażająca jest sama uniwersalność tego dzieła, co jest szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z filmem irańskim, kręconym pod okiem cenzora w postaci teokratycznego rządu, w kraju reprezentującym obyczajowość i uduchowienie odległe człowiekowi zachodu. Już we wcześniejszym swoim dziele, znakomitym Co Wiesz o Elly, Farhadi zręcznie unikał jednoznacznego obrazowania życia młodych Irańczyków. Dramat bohaterów Co Wiesz o Elly nie odnosił się do problematyki jednego, enigmatycznego dla europejczyka społeczeństwa. Wraz z Rozstaniem, oba filmy obrazują tragedie każdej istoty ludzkiej rozerwanej pomiędzy własną godnością a dobrem drugiego człowieka.
            Wspomniane Co wiesz o Elly traktowałem jeszcze jako nieplanowane, ale cudowne dziecko cenzury. Było antidotum na przesadnie wyemancypowane kina amerykańskie i (przede wszystkim!) Europejskie. Nie  istnieją w zachodniej kinematografii słowa niewypowiedzianych, nie ma obrazów, których nie mogliby pokazać twórcy działający w środowisku nienaznaczonym piętnem ekstremistycznej obyczajowości. Zdawało mi się, że niezbędne niedopowiedzenia czynią to kino mocniejszym, bardziej wymownym. Po Rozstaniu wiem, że przekaz Farhadiego jest tak naprawdę kompletnie nieskrępowany jakimikolwiek zewnętrznymi limitami. Wizja autora jest niesamowicie jasna i wymaga środków bardzo skromnych.
            Mając na uwadze, że dzieło Farhadiego zręcznie wymyka się zagrożeniu podzielenia losu polskich "półkowników", wręcz wypada traktować to dzieło na równi z każdym zachodnim produktem. W świetle takiej klasyfikacji, Rozstanie pozostawia w tyle całe dekady kina zachodniego. Osiąga bowiem coś, do czego aspirowało wielu okcydentalnych twórców, z których żaden jednak nie osiągnął tak porażającego efektu w sposób tak bezkompromisowy. Dotychczas za porażający film uważałem Czas Apokalipsy. Być może jedynie zbrutalizowaną wariację na temat Jądra Ciemności, jednak w sztuce kinematografii dzieło niemalże kompletne. Nie zmienia to faktu, że film nie odniósłby tak monstrualnego sukcesu, gdyby porażające słowa Kurtza nie były wybełkotywane przez zmanierowaną megagwiazdę Marlona Brando. Conradowski przekaz ukryty był między helikopterami, efektownie burzonymi atrapami wiosek i sztachającym się zapachem napalmu Robertem Duvallem.
            Konkluzja Rozstania nie potrzebuje wojennego kamuflażu. Owszem, tak, jak Co Wiesz o Elly jest doskonale skonstruowaną tragedią, trzymającą w napięciu i kompletną w formie, nie jest to jednak zasługa warsztatu i zastosowanych środków – jest to efekt zdeterminowanej wizji i bezkompromisowości w uchwycenia kilku dni z życia dwóch irańskich rodzin. To film, którego nie można interpretować, nawet, jeśli urwane zakończenie pozostawia film bez epilogu. Bohaterami nie są neurotyczne kreacje Allena, ani średniowieczni rycerze Bergmana, w którego dziełach skądinąd poruszające wnioski szmuglowane są pod postacią ezoterycznej baśni. Farhadi odnajduje w sobie odwagę by kompletnie zaniechać korzystania z jakichkolwiek instrumentów mogących uczynić ten obraz bardziej przystępnym (ani też żadnych mogących uczynić go jeszcze cięższym, dla spotęgowania wrażenia!).
            Pozbawione metaforyki i ornamentyki przesłanie Rozstania jest boleśnie jasne - jest to film o cierpieniu. Cierpią w nim wszyscy - dwa młode małżeństwa, zniedołężniały człowiek oderwany już od codziennego świata, największa jest jednak gehenna pojawiających się w filmie dzieci. 11-letnia dziewczynka musi dokonać najcięższego wyboru spośród wszystkich, pomiędzy rozstającymi się rodzicami - szukająca ucieczki matką a bezradnie uginającym się pod ciężarem walącego się świata ojcem. Wszystko to w milczeniu obserwuje kilkuletnie dziecko, przedwcześnie doświadczające brutalności świata, z biegiem filmu coraz lepiej rozumiejąca rozgrywające się wokół niej piekło. To cierpienie nie uszlachetnia, pozostawia po sobie zniszczenia, nieodnawialne szkody, rany, które się nie zagoją.
            Biorąc pod uwagę fakt, że sceny te rozgrywają się w Iranie, zastanawiać się można, jaki wpływ na życie bohaterów ma wiara mahometańska i ściśle związane z nią obyczaje. O dziwo, odniesienia do samej religii i jej wpływu na życie są nieliczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że bóg jest tu ponad ludźmi i w życiu każdego jest najważniejszy. Nie jest ten fakt pokazywany usilnie, widać to w drobnych gestach, chwilach, gdy ktoś musi przysiąść na Koran, kiedy wierząca kobieta konsultuje każdy swój krok z doradcą duchowym. Jest to bariera nie do przebicia, siła, wobec której każdy człowiek jest mały, pokorny, jego interes traci jakiekolwiek znaczenie. 
            Nawet w świetle ciążących nad bohaterami dogmatów, źródło ich tragedii leży w najprostszych ludzkich słabościach. Emocje przeżywane przez mieszkańców Teheranu nie są obce żadnemu człowiekowi. Tak, jak w Co wiesz o Elly, kluczowe znaczenie mają tu najdrobniejsze kłamstwa, niewinne, popełniane w przeświadczeniu, że nie mogą doprowadzić do jakichkolwiek konsekwencji, często czynione w dobrym zamiarze. Każdy jest z nich rozliczany i płaci olbrzymią cenę. Wiąże się okrutna reakcja łańcuchowa, każdy rozpaczliwie chce obronić to, co jest dla niego cenne. Rodzi się konflikt pomiędzy instynktem przetrwania, koniecznością uratowania siebie przed hańbą, a potrzebą chronienia przed zgubą najbliższych. Nie ma osób złych, nie ma osób winnych, są tylko ich słabości, drobna hamartia, doprowadzająca jednak do najstraszniejszego dramatu. Życie nie potrzebuje czarnego charakteru, by zamienić się w piekło.
            Rozstanie to film będący mile świetlne przed teraźniejszym kinem europejskim i amerykańskim. Asghar Farhadi odnajduje w sobie odwagę i sposób na przekazanie czegoś, co już wielu próbowało w kinie, każdy zmuszony był jednak posługiwać się kompromisami. W tym przypadku mamy do czynienia z arcydziełem kompletnym. Filmem, który tak naprawdę ciężko jest sklasyfikować jako kino. Ani sekunda dwugodzinnego seansu nie dostarcza rozrywki, choćby klatka tego filmu nie pretenduje nawet do miana sztuki. To życie utrwalone na taśmie celuloidowej, odwzorowane jak nigdy dotąd, przerażająco brutalne, zatrważająco prawdziwe.  

wtorek, 11 października 2011

Julia Marcell 8.10.2011, Poznań, Blue Note.

            W przypływie szczerości przyznam się, że urokowi Julii Marcell uległem jeszcze przed usłyszeniem jakiegokolwiek jej utworu. Pamiętam wrażenie, jakie zrobił na mnie promujący jedną z jej pierwszych tras plakat. Było coś wyjątkowo magnetyzującego w obrazku zarumienionej szatynki w cętkowanej sukience, składającej dłonie, jakby wydającej z siebie wysoki okrzyk. Jak się później okazało, płyta It Might Like You i promujący ją koncert w Minodze dostarczyły mi dokładnie to, co rzeczony plakat sugestywnie zapowiadał – arię delikatności i lapidarności, zaserwowaną jednak z dozą jakiejś dziecięcej bezczelności. I choć June, świeża płyta Pani Julii pozornie zdaje się przynosić dość radykalne zmiany wizerunkowo-muzyczne, artystka wciąż z właściwą berbeciowi zuchwałością łamie konwenanse grając muzykę będącą absolutnym zaprzeczeniem wszystkiego co trawi rodzimą scenę. Muzykę odważną, niewymuszoną, nie tyle wyprodukowaną, co jakby wymarzoną przez wyjątkowo nadpobudliwą wyobraźnię.
            W nieco inny rodzaj osłupienia wpadłem natrafiwszy na sesję zdjęciową promującą wspomniany już nowy krążek. Dość krzykliwa, żeby nie powiedzieć prowokującą. Przedpremierowe zapowiedzi zwiastowały płytę zrytmizowaną i bardzo dopieszczoną, a więc antytezę debiutu będącego zbiorem ujmująco prostych, jakby improwizowanych opowieści. Swoje atelier Julia znalazła w Niemczech, miała więc prawo zapomnieć, że naszym narodowym, często mocno ortodoksyjnym gustom dogodzić jest wyjątkowo ciężko. Materiał bliźniaczo podobny do It Might Like You zrodziłby pewnie dyskusje na temat długotrwałości formuły, nazbyt radykalna zmiana mogłaby wzniecić różne podejrzenia i oskarżenia. A że słuszność swojego kierunku zawsze najłatwiej jest obronić na scenie…
            W wypełnionym po brzegi Blue Nocie wszelkie wątpliwości i obawy zostają rozwiane. Julia, z początku nieco onieśmielona, jakby zaskoczona imponującą frekwencją, zaczyna od upiornego 'Outer Space', na żywo jeszcze bardziej demonicznego niż na fenomenalnym debiucie. W przepełnionym różnorodnymi emocjami i barwami repertuarze Pani Marcell wszystkie ulegać będą takiemu natężeniu. Ciepły i rozmarzony 'Carousel' spotyka się z adekwatnie entuzjastycznym przyjęciem – jakby speszona Julia zatrzymuje się na chwilę podczas jego stonowanego wstępu. Choć śpiewając pochyla się nad mikrofonem jak dziecko zdmuchujące świeczki z urodzinowego tortu, uwolniona od klawiszy i staje się rozczulająco nadpobudliwa, ni to tańcząc, ni to podskakując w miejscu, bawiąc się wszystkim, co jej wpadnie w ręce. Jest jak mała dziewczynka, biegająca między nogami dorosłych, ciągnąca za nogawki, ściągająca obrusy ze stołów, za wszelką cenę chcąca pozostać w centrum uwagi. 
          Znakomite wrażenie robi orbitujący wokół Julii ansambl. Nie jest to zbieranina przypadkowych gastarbeiterów, cały zespół tworzy idealne przedłużenie osobliwej wizji artystki. Nadają nowe znaczenie haśle ‘classical punk’, nieszczęsnej etykiecie, która przyległa do artystki w okresie debiutu. Pozbawiona gitar muzyka Julii uderza z obezwładniającą siłą, co więcej, ma ona w sobie wszystko, co powinien mieć (a wydaje mi się czasem, że na dobre już utracił) punk – zawadiackość, werwę i krnąbrną potrzebę zwrócenia na siebie uwagi. 
Nowy materiał prezentowany jest wyjątkowo sowicie. Nie tyle szokuje i wprawia w zakłopotanie, co imponuje odwagą. Ponad wszystko zaś, poraża różnorodnością. Singlowa 'Matrioszka' to utwór czysto taneczny, oparty na miażdżącym jak rozpędzona lawina rytmie. W numerze przewrotnie zatytułowanym 'I Wanna Get on Fire' dużo jest chłodu, skrzypki doskonale zlewają się z elektroniką, a z reguły subtelny i kojący głos Julii brzmi naprawdę niepokojąco. Pojawiają się loopy, co zawsze jest przedsięwzięciem ryzykownym, mogącym zagotować krew w purystach. Na szczęście, nawet najbardziej konsternujące z początku nowinki są mocno naznaczone piętnem Julii. Choć słyszę materiał po raz pierwszy, nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś może jeszcze uparcie porównywać artystkę z innymi nazwiskami (bądź pseudonimami zawierającymi "o" z umlautem). W przypadku artystki tak wyrazistej jest to absolutnie bezcelowe. Paradoksalnie, czuję, że przyszłe generacje rodzimych wokalistek może czekać klątwa Julii – to one będą z nią zestawiane.
Julia bisuje kilkukrotnie, po wyczerpaniu przygotowanego materiału spontanicznie dubluje 'Matrioszkę', scenę i tak opuszcza jakby wbrew sobie, jak gdyby uparcie chciała pozostać na niej jak najdłużej. Nieokiełznana energia tego utworu utwierdza mnie w przekonaniu, że wśród osób poruszonych przez It Might Like You nowa płyta wzbudzać będzie skrajne opinie. Zanim wyrażę swoją, minąć będzie musiało trochę czasu. Gdy po koncercie ruszyłem ku stoisku z płytami, po kopiach June nie było już śladu. 
            Opuszczam Blue Note oczarowany po raz kolejny, ponownie patrząc na fenomen Julii Marcell z pewnym niedowierzaniem. Nazywając tą muzykę "poezją" w oczach wielu popełnię zapewne marny frazes. Na obronę zaznaczę jednak, że nie bierze się to skojarzenie z natury warstwy lirycznej, która w gruncie rzeczy aspiruje do miana miniaturowej prozy. Jakkolwiek pretensjonalnie zabrzmi ta aluzja, pokoncertowe odczucia przywodzą mi na myśli, tfu, Platona, pomstującego na sztukę poezji w Republice. Nazywa ją tam pożywieniem dla naiwniaków, sprowadza jej rolę do bezczelnych prób deformowania rzeczywistości i stawiania wrażliwości ponad rozumem. I takiego właśnie występku dopuszcza się muzyka Julii Marcell – tworzy świat niedorzecznie wręcz radosny, kolorowy, jakby zrodzony w wyobraźni zarumienionego dziecka. Taki, któremu za diabli nie da się nie ulec.
A na koniec małą ciekawostka. Przy barze, w odległości jednego łokcia od autora ulokowała się jeszcze jedna znakomita krajowa wokalistka. Występ rówieśniczki zdaje jej się podobać. W odpowiednim momencie zaczyna nawet podśpiewywać refren „Night of the Living Dead”. Uświadczający tego utworu z takim to dodatkowym chórkiem autor jest wówczas na skraju zawału. 


sobota, 8 października 2011

Hej ho #2.

                W oczekiwaniu na wieczorny koncert Julii Marcell, a więc artystki, której zeszłoroczny występ odpalił działalność tego bloga, dochodzę do wniosku, że dobrze będzie, jeśli powtórzę poprzedzający tamtą relację rytuał. Tym bardziej, że nie zamiaru usprawiedliwiać czterech miesięcy śpiączki. Po prostu, sądzę, że po takiej przerwie przyzwoicie byłoby przedstawić się po raz drugi.
Odświeżając sobie moje zeszłoroczne przywitanie dochodzę do wniosku, że choć mam za sobą okres licznych zakrętów, zmian i różnorakich eksperymentów, ostatecznie zatoczyłem koło, znajduję się dziś w identycznym punkcie. Wciąż uważam czas wolny za swojego największego wroga. Personifikuję go sobie w postaci jakiegoś ponurego nemezis, złowrogiego antagonisty. Puste pola w terminarzu są jak pułapki żywochwytne, w które wpadam jak półślepy gryzoń. Im więcej go miałem w ciągu ostatnich kilku miesięcy, tym bardziej popadałem w wyniszczające nieróbstwo, które usprawiedliwiałem potrzebą odpoczynku, odzyskania równowagi.  
Owe miesiące utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie będzie to możliwe. Dziś, tak się zabawnie składa, że w dniu 23-ich urodzin, dochodzę do wniosku, że czeka mnie kolejny rok wściekłości i wrzasku, rok szarpaniny, od której uwolnić mnie mogą tylko jeszcze więksi szaleńcy i frustraci – a takimi ludźmi muszą być chyba wszyscy, którzy próbują uprawiać sztukę w tym kraju. Jako osoba ciągle poszukująca zrozumienia i usprawiedliwienia dla swojej paranoidalności, będę ich podziwiał jak najczęściej.
Tym samym, wchodzę w 24 rok swojego życia w typowym dla mnie duchu - wściekły i rozgoryczony. Ale właśnie dzięki tym parszywym emocjom pełen zapału, potrzeby wrażeń, jeszcze większej potrzeby uzewnętrzniania ich. Nawet, jeśli nigdy nie wiązało się to z pragnieniem jakiejkolwiek afirmacji czy atencji. Jeśli komuś zdarzało się tego bloga czytywać regularnie, rzucić mogło się w oczy, że raczej stronię od agresywnej krytyki. Robię to jakby na przekór ogólnym panującym w sieci tendencjom, internetowa publicystyka to festiwal chłosty i szkaradnej retoryki. Sam doszedłem do wniosku, że nie mam czasu i energii na pisanie o rzeczach, które mi się nie podobają. Pisania o miernocie, z powodów czysto zdrowotnych, staram się unikać. W sieci więcej przelewa się żółci, niż wznosi peanów, proszę więc się nie dziwić, że moje recenzje, miast być krytyczną analizą, przemieniają się w modlitwę dziękczynną. Zresztą, jest to przy okazji kompletnym przeciwieństwem moich doznań powszednich. Blog ten był zawsze formą autoterapii. Być może dlatego też zaniechałem pisywania tutaj – sądziłem, że potrzebne jest mi nowe remedium.
Jestem człowiekiem bardzo młodym, choć wielu moich rówieśników już teraz spogląda na siebie z karykaturalną wręcz powagą. Padam jednak ofiarą jednej z najbardziej irytujących dolegliwości osób, które nie potrafią nabrać odpowiedniego dystansu do pewnych spraw. Głównym źródłem moich bolączek, mojego wyniosłego weltzschmerzu jest użeranie się z przeszłością, niemożność cofnięcia czasu, naprawienia, czy też odbudowania tego, co się zepsuło, zaniechało, odzyskania czegoś, na czym człowiekowi zależało, a co bezpowrotnie przepadło. Tutaj, wyjątkowo, mogę w bardzo prosty sposób zatoczyć koło, wrócić do punktu "A" i wystartować ponownie, chorobliwie nadgorliwy, jeszcze wścieklejszy, jeszcze chętniej folgujący sobie w ciągnących się wywodach.

A więc, zaczynamy od nowa. 

czwartek, 9 czerwca 2011

Wywiad: Frank Tuner.

            Od jakiegoś czasu nosiłem się z planem poszerzenie zakresu Kultury Kanalii o wywiady z muzykami tryumfalnie podbijającymi (nieprzerwanie topniejące w liczebności) audytoria poznańskich koncertów. Sądziłem, że warto by było kiedyś umówić się rozmowę z którymś z tych sympatycznych skandynawskich zespołów z licealistami w składach, systematycznie odwiedzających nasze miasto. Jako osoba nie przepadająca za gdybaniem i fantazjowaniem, będąc (podobnie jak niedoszły prezydent kraju) "człowiekiem czynu", pod wpływem jednorazowego impulsu postanowiłem z miejsca porwać się z motyką na słońce, próbując zaaranżować wywiad z odwiedzającym Meskalinę Frankiem Turnerem. Drogą mailową udało mi się przekonać zainteresowanego do rozmowy, paradoksalnie, dopiero wtedy rozpoczęło się pasmo komplikacji i kolejnych odpadających możliwości rejestracji rozmowy.
            Prócz marnej jakości, pozory fachowości wywiadu pogrążają wybuchy mojego paskudnego śmiechu i ciągłe interrupcje, których prowodyrem był sam internowany. Przygotowane pytania poszły w diabli, Frank zamienił wywiad w luźną konwersację, pełną zabawnych anegdot i, co tu ukrywać, licznych nawiązań do fascynacji dzielonych z jąkającym się autorem wywiadu. Mimo wielu osobistych zastrzeżeń do ostatecznego efektu, jestem olbrzymie zadowolony z przebiegu rozmowy i ujmującej serdeczności, którą wykazał się Frank. Były to chwile nie mniej ekscytujące, niż późniejszy, absolutnie fenomenalny koncert Brytyjczyka.
            Koleżance Ewie, dzięki której udało się ten wywiad zarejestrować z całego serca dziękuję. Chylę czoła przed Kamilem, którego pomoc przy obróbce tego diabelstwa wybawiła mnie od widma załamania nerwowego.

wtorek, 7 czerwca 2011

Frank Turner 03.06.2011, Poznań, Meskalina.

„I knew Frank Turner before he got famous”, chwalą się na forach i pod youtube'owymi klipami uprzedzający muzyczne trendy elitaryści. W tym kraju frazes ten nabiera szczególnego, autentycznie wyróżniającego nas na tle reszty świata wydźwięku. Naprawdę wydawać się może, że Frank dorobił się statusu muzycznej rewelacji wszędzie, poza haniebnym wyjątkiem w postaci naszego rodzimego podwórka.
Dlaczego tak się dzieje? Nie jestem w stanie wytłumaczyć. Czasem wydaje mi się, że istnieje jakaś nienazwana, omnipotencyjna siła kształtująca gusta muzyczne naszego narodu. Być może przyjmująca formę celnika, uparcie tarasującego drogę próbującym przedrzeć się tu fenomenom mogącym zagrozić statusowi i tak umierającej krajowej sceny. Gdybania na bok, choć dotychczasowa nieznajomość osoby Franka Turnera nie czyni kogokolwiek muzycznym dyletantem, szczerzę radzę tą zaległość natychmiast nadrobić. W tym miejscu czuję się zobowiązany, by artystę naprędce przedstawić.
            Frank zaczynał w zespołach Kneejerk i Million Dead, drugiej z nich udało się nawet narobić odrobinę szumu w hardcorowym półświatku. W roku 2005 Million Dead dokonuje żywota, Frank chwyci za gitarę akustyczną i począwszy 2006 rokrocznie wypuszcza nowy materiał. Dorabia się statusu gwiazdy, jeździ w trasy z Social Distortion, The Offspring i Green Day, grywa na największych festiwalach na kontynencie. Zgarnia nagrody w plebiscytach prestiżowych magazynów muzycznych, jest pupilkiem krytyków, jego płyty sprzedają się wyśmienicie. W miniony piątek Frank gości w naszym kraju po raz drugi, drugi raz jest to Poznań, znowuż też klub Meskalina, miejscówka, delikatnie mówiąc, dość kameralna. Frekwencja? Szczerze wątpię, by wyprzedała się pula 150 biletów. Szukanie w tym wszystkim logiki i wyciąganie jakichkolwiek wniosków pozostawiam czytelnikom.
            Zanim zacznę dzielić się pokoncertowymi wrażeniami, jeszcze raz podkreślę fakt, że mamy tu do czynienia z jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów, jacy zawitają w tym roku do Poznania. W czwartek ukazuje się jego nowa płyta, England Keep My Bones - Frank krzyżując palce chwali się, że ma szanse na zadebiutowanie w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się płyt w UK*. Otwierającym krążek "Eulogy" rozpoczyna swój występ w Meskalinie.
Choć do premiery płyty zostało parę dni, pośród publiki znajduje się sporo osób śpiewających pierwsze wersy tekstu. Znam je i ja, choć utwór zdążyłem odsłuchać raptem raz, na stronie NME. Za komendą kapelmistrza unoszę w górę butelkę napoju, do oczu cisną mi się łzy. Płaczliwie emocjonalny stawał się będę tego wieczoru niejednokrotnie. Tak dobry i nieskazitelnie autentyczny jest w tym co robi Frank.
Samozwańczy produkt angielskiej średniej klasy i specjalista od tanich rymowanek zawitał do Poznania z dokooptowanym ansamblem i niech mnie diabli, jeśli nie miał nosa dobrawszy sobie rodaków z Dive Dive, nieodstępujących mu na krok żywiołowością i radością grania. A że na najnowszej płycie Frank korzysta z ich usług nad wyraz szczodrze, świeże kawałki takie jak "Peggy Sang the Blues" i "One Foot Before the Other" wypadają naprawdę krzepko. Równie często jak do nowej płyty zespół sięga do fenomenalnego krążka Love Ire & Song. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bawiłem się tak dobrze, jak przy bezpretensjonalnych, rozczulająco sentymentalnych "Reasons Not to Be An Idiot", "I Knew Prufrock Before He Got Famous" i "Substitue".
Przy pełnym podziwie i szacunku dla wtórujących Frankowi grajków, highlightem koncertu są utwory wykonywane przez lidera solo. Wśród nich znajduje się miejsce dla "Thunder Road", coveru Bruce’a Springsteena i "Dan's Song", podczas którego publiczność przejmuje partię harmonijki naśladując jej dźwięk. Ktoś powiedziałby, że to tylko błazeńska, infantylna zabawa, frajda jednak niesamowita. FT sięga też do swoich najwcześniejszych dokonań – wykonuje pełne werwy "Nashville Tennessee". Po koncercie chwali mi się, że dodał ten utwór mając w pamięci zadane mu przeze mnie pytanie, w którym odniosłem się do tekstu utworu*. Może to tylko kokieteria, co nie zmienia faktu, że gest przemiły. W rzeczonym fragmencie liryk poeta dla jasności definiuje swoją muzykę - A simple scale on an old guitar, and a punk rock sense of honesty. Doprawdy, nie przychodzi mi do głowy żaden zespół punkowy tak szczery, tak prostoduszny, jak Frank we własnej osobie. Jest ucieleśnieniem wszystkiego, co stanowi esencję punka – odwagi, niezłomności i naiwnego idealizmu. Pozostawanie osobą kompletnie niezniszczoną przez sukces i sławę to najbardziej punkowa rzecz, z jaką się spotkałem.
Widziałem w życiu garstkę koncertów. Parę z nich naprawdę przyzwoitych. Przeróżni wykonawcy nieraz imponowali mi zaangażowaniem, jawną radością czerpaną z grania, entuzjazmem niezrażonym fatalną frekwencją, marną organizacją czy problemami natury technicznej, a przynajmniej jeden, średnio dwa z tych czynników to nieodłączna część każdego koncertu w tym kraju. Nie spotkałem się jednak jeszcze z kimś równie zakochanym w swoim rzemiośle jak Frank. Muzyka nie jest dla niego zajęciem, jest dla niego życiem. Kariera tego faceta to nieprzezwane pasmo sukcesów, konsekwentnego zdobywania coraz to większego podziwu i uznania, koncertów na największych festiwalach. W skromnym poznańskim klubiku daje występ w którym jest ogień, którym byłby w stanie roznieść w pył Koloseum. Widać, że jest to człowiek, który chce dotrzeć ze swoją muzyką do każdego. A że spotyka się w naszym kraju z dość nieznacznym odzewem? Na dłuższą metę, nikomu z obecnych w Meskalinie to chyba nie przeszkadza. W moich oczach, fakt ten z miejsca staje się istnym błogosławieństwem. Choć to muzyka o stadionowych aspiracjach, nie wyobrażam sobie Franka w innych warunkach, niż między przytulnymi ścianami zacisznego klubu. 

*Przed koncertem udało mi się przeprowadzić wywiad z Frankiem. Zapis rozmowy i wideo już wkrótce na Kulturze Kanalii!

środa, 1 czerwca 2011

The Black Heart Procession, Kev Fox 29.05.2011, Poznań, Blue Note.

            Wybierając miejsce studiów nie kierowałem się profilem uczelni, kierunkiem exodusu rówieśników, tym bardziej jakimikolwiek sugestiami osób trzecich. Chciałem uciec jak najdalej od bagna monotonii, w którym przyszło mi dorastać. Pod jednym względem jestem zadowolony z ostatecznie wybranej mieściny - życie mam tu ciekawe, rozrywek jest od groma, miałem też szczęście natrafić na garść naprawdę interesujących osób. Wyłączywszy jednak kwitnące życie kulturalne, od samego momentu przeprowadzki wszystkie inne aspekty mojej codzienności zaczęły się sypać z szybkością burzonego dynamitem budynku. Lata szarpaniny przemieniły mnie z pogodnego młodzieńca w wiecznie przejętego ponuraka. Na szczęście (?), z biegiem lat oswajam się z tym stanem, a wspomnienia z czasów apatycznej młodości utwierdzają mnie w przekonaniu, że podjąłem prawidłową decyzję. Stojąc przed patowym wyborem między nudą a depresją, zawsze wybierać będę to drugie.
            Skoro przy złych nastrojach jesteśmy, niewiele słyszałem zespołów równie dołujących, co The Black Heart Procession. W zestawieniu z dokonaniami rzeczonej kapeli liryki z Closer Joy Division brzmią jak Simon & Garfunkel. Kalifornijczycy (tam można być smutnym?) liczebnością utworów ze słowami "love" i "heart" w tytule śmiało mogą konkurować z Whitesnake, przy czym w każdym przypadku jest to miłość niespełniona, skrajnie toksyczna, serca zaś krwawią przekłuwane zatrutymi sztyletami. Same teksty ocierają się o, zdawałoby się intencjonalną, grafomanię (Look what you've done to me/Look at my tears/Forget my heart – Chryste!). Radykalność tej otoczki sprawia wrażenie swoistego tongue in cheek, pastiszu straceńczego romantyzmu. Warto dodać, że okraszonego nie mniej dekadencką, nasiąkniętą kinematograficzną aurą muzyką. Utwory na takim Amores de Tropico zachwycają zarówno przebojowością, brawurowym przeskakiwaniem między różnymi stylami, jak i duszną, intrygującą atmosferą.
            Na orkiestralny wręcz rozmach cechujący wyżej wymienioną płytę nie było co tego wieczoru liczyć. Zespół przyjechał z repertuarem proklamowanym jako "stripped down show". Ku rozczarowaniu wszetecznych umysłów, oznaczało to wizytę The Black Heart Procession w uszczuplonym składzie, a więc z okrojonymi interpretacjami utworów.
            Rola supportu przypadła Kevowi Foxowi, tęgiej budowy Brytyjczykowi o aparycji fabrycznego robotnika, zamiast poliestrowego kombinezonu przywdziewającego ciemną marynarkę. Na scenie zjawia się bezszelestnie, nie przywitały go najmniejsze choćby brawa. Niezniechęcony tym bard z utworu na utwór zasłużenie wznieca jednak coraz większy aplauz. Obdarzony donośnym głosem i wyrazistym brytyjskim akcentem, loopując kolejne ścieżki gitar tworzy interesujący kolaże, czasem subtelne, chwilami wręcz krzykliwe, zawsze wykonane z werwą i uczuciem. Gdzieś w połowie występu dołącza do niego nikt inny, jak Andrzej Smolik. Mając za sobą (przerwane na chwilę przed postradaniem wszystkich zmysłów) szkolenie na doradcę finansowego, zwykłem podejrzliwie spoglądać na każdą osobę reklamująca bank. Czego by nie mówić o świeżo upieczonym członku Rady Akademii Fonograficznej, jest to człowiek z papierami na granie muzyki. Ulokowany w głębi sceny, subtelnymi partiami gitary hawajskiej i akordeonu należycie urozmaicił balansującą między szeptem a wrzaskiem ekspresję Foxa.  
            W trakcie występu supportu brodaty Thobias Nathaniel pochłania przy barze przezroczysty napój, przy czym zaznaczyć muszę, że wodę mineralną podaje się w Blue Nocie w innych szklankach. Wkrótce po zakończeniu setu Foxa muzyk zasiada przy zajmującym połowę sceny fortepianie. Po chwili dołącza do niego wokalista Pall Jenkins, który zaczyna odgrywać płaczliwe dźwięki na... pile. Z początku rzeczywiście sprawia to wrażenie knajpianego kabaretu, z lekka zaprawionego mocnymi trunkami. Desperackie zawodzenie Palla ociera się o fałsz, można odnieść wrażenie, że panowie pozy schyłkowców przybierają w celach czysto pamfletowych. Jenkins podnosi się z krzesła przy trzecim w kolejności "Cry for Love" i, przyznam szczerze, widok jest to zatrważający. Mocno napęczniały, kompletnie nieruchomy, ukryty pod ciemnymi okularami bez przerwy spogląda w dół, milcząc między utworami. Następny w kolejności "Drugs" wypada naprawdę przejmująco, wyraźnie zaczyna mi się udzielać melancholijność utworów zespołu, spotęgowana minimalistyczną oprawą i cierpiętniczym drżeniem w głosie wokalisty.
            Doprawdy, miałem problemy z braniem na poważnie otoczki zespołu. Od przesadnie desperackiej nazwy począwszy, na płaczliwych i monotematycznych lirykach skończywszy. Czemu więc spoglądając na scenę zaczynam brać żałobną sztukę tworzoną przez zespół jak najbardziej serio? Otóż, sprawdza się stara zasada - w prostocie tkwi autentyczność. Pełne patosu i enigmatycznych metafor lovesongi zwykły mnie raczej brzydzić. Nie wierzę fircykowi Jaggerowi kokieteryjnie jęczącemu Oh Angie, when will those dark clouds disappear. Wierzę rozwścieczonemu Henry’emu Rollinsowi skowyczącemu Some people are better left alone. Podobnie sprawy mają się w przypadku liryk Jenkinsa. Nie jest to kabalistyczna quasi-poezja. To prawdziwy głos utrapienia, goryczy i desperacji.
            Utwory prezentowane są w formie mocno ascetycznej, do momentu wejścia śpiewu często niepoznawalne. "Blue Tears", szantowy wręcz kawałek zamienia się w marsz żałobny. Najbardziej uderzającym momentem koncertu jest wykonanie "All my steps". Żywy, atmosferą przywodzący na myśl aurę muzyki filmowej numer staje się desperacką balladą, zagraną po wyciszeniu na scenie wszystkich mikrofonów (!). Oparty o fortepian Jenkins rzeczywiście stwarza pozory osoby, której życie mija na spacerach między barem a cmentarzem.
            Pod koniec występu mrukliwy lider w końcu wypowiada kilka ciepłych słów na temat publiczności i miasta. Panowie bisują dwa razy, po czym znikają na dobre. Sam czuję się jak po udziale w stypie, solidnie zakrapianej, podczas której wódka przechodzi przez gardło wyjątkowo ciężko. Nawet, jeśli faktycznie jest to tylko zręczne aktorstwo i szyderczy pastisz, na zasadzie reakcji paradoksalnej sztuka ta wywołuje autentyczne przygnębienie. Podłe to uczucie, ale cholernie prawdziwe, krzepiące.

niedziela, 29 maja 2011

Woody Alien, Turnip Farm 22.05.2011, Poznań, Pod Minogą.

            Uwalniam te słowa spod palców stanowczo za późno. Zakładałem tego bloga z myślą o zredukowaniu do minimum niszczycielskiej dla mnie przypadłości posiadania "wolnego czasu". Nie dolega mi ostatnio to utrapienie, co oczywiście wiąże się z zamierającą aktywnością Kultury Kanalii. Wysysający ze mnie resztki żywotności i kreatywności natłok zobowiązań nie jest jednak w stanie zagłuszyć krzyczącej we mnie euforii i nieprzepartego podziwu dla zjawiska, jakim jest Woody Alien.
            Przedstawianie zespołów o kilkunastoletnim stażu można by odebrać jako czynność mocno nietaktowną. Mając jednak w pamięci umiarkowanie zachwycającą frekwencję w Minodze obawiam się, że podjąć muszę się w tym miejscy gorzkiej działalności misyjnej, dokonania choćby powierzchownego objaśnienia rzeczonego fenomenu. Woody Alien to dwie osoby, osamotniona sekcja rytmiczna, robiąca dużo hałasu, nad którym unosi się powściągliwy, odrobinę gnuśny śpiew Pana Marcina Piekoszowskiego (również Plum). Tylko tyle i aż tyle, przy użyciu minimalnych środków robią panowie harmider niemały.
            Noszę koszule w kratkę, bo, skromnie mówiąc, do twarzy mi w nich. Niezdolny do zauważenia tej prawidłowości kumpel zwykł nabijać się ze mnie, twierdząc, że wyglądam jakbym urwał się z koncertu Dinosaur Jr. Prawda jest taka, że nigdy nie byłem fanem wspomnianego zespołu. Co nie zmienia faktu, że zespół Turnip Farm, który zarówno nazwę i dźwiękowe ukierunkowanie zdaje się czerpać z mitologii owej kapeli, wrażenie robi całkiem pozytywne. Gra proste, gitarowe piosenki, jak gdyby wygrzebane z kapsuły czasu zakopanej w 1992 roku. Przeżarte sentymentalizmem, ale całkiem przyjemne i wykonane z właściwym żywiołem.
            Instalowanie się na scenie nie zajmuje Woody’emu dużo czasu, i bardzo dobrze, w przypadku tej muzyki przedkoncertowe rytuały powinny ograniczyć się do podkręcenia gałek do poziomu "jedenastki". Mimo mocnego natężenia zespół brzmi niesamowicie soczyście, co w Minodze jest rzadkością. Konwencjonalnie stosowana sekcja rytmiczna w założeniu tworzyć ma silnik, siłę napędową muzyki. W tym przypadku dudniący bas i gromowładna perkusja stanowią całą gablotę - wypasionego, błyszczącego Hummera, który rozjeżdża wszystko na drodze. Z owym wozem łączy zespół jeszcze jeden gorzki fakt - dziś już takich nie robią.
            Owszem, jest to muzyka w pierwszej kolejności uderzająca monstrualną siłą, jednakże pod powłoką hałaśliwości wciąż skrywająca wiele smaczków. Z jednej strony mamy instrumentalną maestrię. Druga część dubla, perkusista Daniel Szwed poza Woodym zmaga się z matematyką w zespole Mothra. Tutaj jego gra jest bardziej siłowa, ale wciąż niesamowicie witalna. Mając w pamięci nie tak dawny występ Plum, utwierdzam się w przekonaniu, że żaden bas nie brzmi w tym kraju tak krzepko, tak mięsiście, jak Fender Pana Piekoszowskiego. Na szczęście, zespół odpuszcza sobie, jak to się nieładnie mówi, muzyczną ipsację. Panowie pozostają konkretni w swoim przekazie, wszystko sprawia wrażenie zabawy bogatym warsztatem, miast kuglarskiego szpanu.
Czytając dzisiejszą prasę muzyczną odnoszę wrażenie, że w wyobrażeniu wielu publicystów muzyka wymyślono w 1999 roku.  By nie szukać daleko, publikacje, które porównują ostatnie Plum do Queens of the Stone Age zachęcają mnie do chwycenia za zapalniczkę i zwęglenia tych kacerstw. Autorzy zapominają, że muzykę o brudnym, garażowym brzmieniu grano wiele wcześniej. Zespoły takie jak NoMeansNo, Big Black czy Hüsker Dü brzmiały jak popsuty mikser do owoców, wciąż jednak grały utwory zaraźliwie przebojowe. Będąc szczerym, podobne dźwięki odkrywam w muzyce Woody Alien dopiero w Minodze. Niech mnie diabli, jeśli wesołe przyśpiewki w "Oak" (utworze bezlitośnie łojącym na żywo) nie przywodzą na myśl "Big Dick" Kanadyjczyków z NoMeansNo. Wrażenie to potęguje odrobina Wrightowskiej maniery rozbrzmiewająca w wokalu. "New Day Rise" samym tytułem budzi skojarzenia z Hüsker Dü, również ukrywające popową wręcz przebojowość pod warstwą niechlujnego przesteru. Dzięki podobnemu wyczuciu twory WA pozostają zbiorem świetnych piosenek, a nie efemerycznym eksperymentem.
            Woody Alien to zespół nietuzinkowy, boleśnie precyzyjny, grający muzykę wyjątkowo ciężką, technicznie wyrafinowaną, przede wszystkim jednak cholernie głośnią. Także dzięki doprowadzaniu tych czynników do skraju przyswajalności, niesamowicie intrygującą. Zestawiając to z aktualnymi trendami muzycznymi można zadać sobie pytanie, z czym do ludzi? Nie jestem w stanie wróżyć zespołowi większych sukcesów, nie sądzę jednakże, by ambicje duetu wyrastały poza chlubny telos roznoszenia w pył każdego miejsca, w jakim się pojawiają. Mogę tylko potwierdzić, że wychodzi im to nad wyraz zręcznie.